
Wtorek, 5 sierpnia. Połowa wakacji. Dzieci taplają się w jeziorach, dorośli taplają się w polityce. A Polska budzi się z kawą, jajkiem sadzonym i uczuciem, że coś się zbliża. I nie chodzi bynajmniej o front atmosferyczny, lecz polityczny. Bo oto już jutro, w środę 6 sierpnia, zostanie zaprzysiężony nowy prezydent. Człowiek, którego nawet Google jeszcze do końca nie rozpoznaje, a Wikipedia aktualizuje z niechęcią: Karol Nawrocki.
Karol, syn narodu, kustosz z misją, główny specjalista od pogrubiania historii i wyostrzania biało-czerwonych filtrów. Jego inauguracja wypadła w sam środek sezonu ogórkowego, co może być przypadkiem, ale raczej jest strategią. W czasach, gdy naród jest rozleniwiony upałem, a uwaga skupiona na paragonach z Mielna, można zaprzysiąc nawet Yeti i nikt nie zauważy.
Nieprzypadkowo zresztą Nawrocki został poparty przez Donalda Trumpa. Tak, tego Donalda, co z okrętami atomowymi robi manewry z precyzją pianisty grającego siekierą. Trump zaprosił Nawrockiego do Białego Domu, co w jego stylu może oznaczać wszystko: od „You’re hired” po „Gdzie jest Polska?”. Spotkają się znów we wrześniu w Nowym Jorku, a może i w Waszyngtonie. Agenda: uśmiechy, flaga, gaz LNG i kilka grubszych tematów z zestawu „Mamy problem z Europą, ale was lubimy”.
Na scenę wkroczył także nowy ambasador USA w Warszawie — Thomas Rose. Znany z tego, że nie zna się na dyplomacji, ale za to zna wszystkie cytaty z Netanjahu i prawdopodobnie zasypia, szepcząc: „Make Gaza unlivable again”. W Senacie USA pytano go, czy wie, na czym polega praca ambasadora. Nie odpowiedział, ale za to zapozował w jarmułce. To też jakiś komunikat.
Rose broni polityki Izraela jak Pudzian sztangi — bez gracji, ale z zaangażowaniem. Porównał zrujnowaną Gazę do rosyjskiej armii, co można określić tylko jako skok na łeb logice. Premier Tusk powiedział jasno: „Po stronie Izraela, ale nie po stronie zbrodni”. Minister Sikorski dołożył swoje: dzieci umierające z głodu nie mają pojęcia, co to Hamas. Polskie MSZ wydało oświadczenie: nie ma zgody na tworzenie obozów koncentracyjnych. Krótko, prosto i śmiertelnie poważnie.
A tymczasem gdzieś w cieniu flaga PiS trzepocze z nadzieją. Kaczyński szykuje kontratak z Zabrza. Strategia? Więcej referendum, więcej Borówek (Borys Borówka — kandydat PiS w lokalnych wyborach), mniej rozsądku. Do tego aplikacja partyjna, która zainstaluje się sama, jak tylko pomyślisz o kotlecie schabowym i marszu w obronie czystości rasy patriotycznej. A wszystko to z narracją o „koalicji wspólnych spraw z Konfederacją”, czyli z tymi, co walczą z gender, podatkami i myśleniem.
Zagranicą? Trump wysyła atomowe okręty bliżej Rosji, bo tak. Putin z Łukaszenką siedzą na ławeczce i rozrysowują nowe granice imperium kredką „imperialna czerwień”. Rosja zrywa traktaty, straszy rakietami i współorganizuje szczyty nuklearne z Xi i Kimem. Tymczasem Panama odbiera rosyjskim tankowcom flagi, bo są za stare, za brudne i za szemrane. Świat staje się groźnie groteskowy.
Andrzej Duda zakończył kadencję, nie spotkał się z Hołownią, ocenił się na piątkę i wyraził niepokój przed „kompletnymi szaleństwami”. Nie określił, czy chodzi mu o nowego prezydenta, nowego ministra sprawiedliwości, czy po prostu o ludzi, którzy umiejć czytać Konstytucję. Tak czy inaczej, pan Andrzej odchodzi bez śladu ustrojowego. Ot, historyczny przypis z długopisem.
Wniosek? Polska, drodzy Państwo, żyje. Na przekór wszystkim i wszystkiemu. Mamy rząd, który zachowuje się jak dorosły w pokoju rozwrzeszczanych dzieci, opozycję, która nie umie znaleźć drzwi do rzeczywistości, i prezydenta, który wygląda jak paczka z przesyłki krajowej z opcją za pobraniem ideologicznym.
A mimo wszystko potrafimy zjeść jajko na miękko, uśmiechnąć się nad gazetą i zadać sobie pytanie: „Co jeszcze dziwniejszego może się zdarzyć?”
Spokojnego wtorku. I trzymajcie się — od środy już tylko jeden prezydent.

Dodaj komentarz