
Zaczęło się jak w kabarecie politycznym, którego nikt nie chciał oglądać, ale i tak leci w prime timie. Szef kancelarii prezydenta, Zbigniew Bogucki, wystąpił w imieniu Karola Nawrockiego i ogłosił światu, że minister Waldemar Żurek to „minister bezprawia”. Brzmi jak tytuł kiepskiego sequela „Pitbulla”, tylko że tam chociaż scenariusz miał jakiś sens. Bogucki natomiast wyglądał, jakby myślał, że występuje w filmie dokumentalnym o heroicznej obronie konstytucji, której sam wcześniej pomagał kopać dół.
Żurek, zamiast się obrazić, odparł z gracją człowieka, który nie ma już czasu na kłótnie z dziećmi z piaskownicy. W TVN24 powiedział jasno: „Nie wycofam się”. I bardzo dobrze. Bo jak ktoś przez osiem lat patrzył, jak prawo rozjeżdża walec Ziobry, to nie będzie teraz drżał przed prezydentem, który najpierw myli artykuły konstytucji z fragmentami kazania, a potem odczytuje je z kartki jak pacierz.
Żurek postanowił zrobić coś, co w Polsce uchodzi za herezję – przywrócić sens słowu „sprawiedliwość”. Chce, żeby sprawy w sądach nie trwały dłużej niż budowa autostrady w Małopolsce i żeby obywatel nie musiał czekać na wyrok aż jego wnuki pójdą na emeryturę. Skandal, prawda? W tym kraju szybki proces to przecież przejaw liberalnej dekadencji.

Tymczasem Nawrocki, zamiast zająć się prezydenturą, zajął się… historią alternatywną. Najpierw wysłał do Sejmu ustawę, która zakazuje „propagowania ideologii banderyzmu”. Co brzmi, jakby walczył z potworem, którego sam sobie wymyślił. W kraju, w którym nikt nie głosi banderyzmu, prezydent znalazł czas, by walczyć z jego duchami. Sherlock Holmes dyplomacji, tylko że w jego wersji mordercą jest rozsądek.
Nawrocki gra w grę Putina. Bo tylko Kreml może się cieszyć, że w Polsce znowu ktoś próbuje kopać rów między nami a Ukrainą. Rosyjska propaganda nie mogłaby wymyślić lepszej ustawy: z jednej strony hasła o „zbrodniach wołyńskich”, z drugiej – zadowolony Putin, który z dumą patrzy, jak Polska robi mu PR w wersji narodowej.
Jakby tego było mało, prezydent-ekspert od wszystkiego postanowił dać Niemcom lekcję historii i ekonomii w jednym. Pojechał do Berlina i zaproponował prezydentowi Steinmeierowi układ: „Zapłaćcie reparacje, a my zwiększymy zaangażowanie na wschodniej flance NATO”. Brzmi dumnie, dopóki nie przypomni się, że Polska jest tą flanką. Steinmeier, człowiek o żelaznej cierpliwości, dyplomatycznie odpowiedział, że „obie kwestie nie są powiązane”, co po niemiecku znaczy: „Proszę wrócić, jak będzie pan trzeźwy”.
Nawrocki jest jak ten gość, który w restauracji zamawia danie, którego nie ma w karcie, a potem obraża kucharza. W Berlinie próbował moralizować o niemieckiej polityce migracyjnej, jakby ktoś go zapytał o zdanie. W efekcie wyszedł na typowego wujka z rodzinnego obiadu: głośny, niepytany i przekonany, że wszyscy czekają na jego mądrości.
W tym samym czasie Trump, prezydent Zjednoczonych Stanów Niezręczności, znowu obiecał światu „piekło, jakiego nikt nie widział”. To jego standardowy repertuar – najpierw groźby, potem cisza. Jakby prowadził politykę zagraniczną w rytmie country: dużo słów, mało nut. Eliza Michalik słusznie zauważa, że Ameryka pod Trumpem zamieniła NATO w klub dyskusyjny o niczym. A Trump sam jest jak influencer geopolityki – robi szum, sprzedaje koszulki i zostawia chaos.
Na tle tej groteski Radosław Sikorski wygląda jak człowiek z innej planety – planety, gdzie dyplomacja to coś więcej niż selfie z siłowni. Jego przemówienie w ONZ było jak zimny prysznic po ośmiu latach politycznego disco polo. Mówił jak dorosły człowiek w sali pełnej nastolatków z pychą w oczach i popcornem w ręku. Świat słuchał, Polska zyskała, a Nawrocki… wrzucił zdjęcie z małżonką w stroju przypominającym sreberko po czekoladzie. Symboliczne – błyszczy, ale nic nie wnosi.
A więc mamy teatr: Żurek sprząta po bałaganie, Domański liczy, Sikorski przemawia, a Nawrocki kłóci się z cieniami historii i flirtuje z Kremlem. Gdyby Polska była serialem, to minister sprawiedliwości byłby głosem rozsądku, premier – narratorem, a prezydent… postacią komediową, która w każdej scenie wchodzi i psuje plan zdjęciowy.
Historia lubi się powtarzać, ale nie wiedzieliśmy, że zrobi to w formacie kabaretu politycznego. A jednak – oto i my: kraj, w którym prezydent myli patriotyzm z paranoją, a minister sprawiedliwości musi tłumaczyć, że prawo to nie fanaberia.
Świat się śmieje, Putin klaszcze, a Nawrocki dalej ćwiczy w Berlinie rolę ambasadora absurdów. Polska nie potrzebuje dziś reformy sądów – potrzebuje reformy rozumu.
A dopóki jej nie będzie, pozostaje nam tylko jedno: cytując klasyka – nie wycofujemy się. Nawet jeśli musimy przejść po linie rozwieszonej między logiką a groteską.

Dodaj komentarz