Prezydent z gumki recepturki – wybrany przez neosąd, namaszczony przez hańbę

Warszawa

Prezydent z gumki recepturki – wybrany przez neosąd, namaszczony przez hańbę

No i stało się. Po godzinach sądowego kabaretu, który z trudem można było odróżnić od powtórki „Miodowych lat” z dubbingiem z Ordo Iuris, nieuznawana Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych wydała swoje wiekopomne orzeczenie: wybory prezydenckie ważne, Karol Nawrocki został prezydentem. Na sali nie było fanfar, ale zabrzmiały westchnienia – nie z ulgi, tylko z politowania.

To nie był wyrok. To był akt administracyjny wykonany ku chwale partii nieobecnej, a jednak wciąż obecnej. To była pieczęć z kartofla, przybita przez sędziego, który tłumaczył się z nieprawidłowości tak długo, że ostatecznie doszedł do wniosku, iż żadnych nie było. Bo przecież „efekt skali nie ma znaczenia” – powiedział prezes Wiak. Przetłumaczmy to z neojurydycznego na polski: gdy ukradniesz jeden głos – to przestępstwo. Gdy 48 tysięcy – statystyka.


PREZYDENT Z NADANIA, NIE Z WYBORU

Karol Tadeusz Nawrocki, prezydent wybrany zgodnie z wolą sądu, który nie jest sądem, za to przypomina związek rekonstruktorów historycznych, dołącza tym samym do elitarnego klubu ludzi, którzy stanowiska otrzymują z politycznej ręki, nie z obywatelskiego zaufania. Klub ten otwiera Andrzej Duda, a zamyka (na razie) właśnie Nawrocki. Duda – pionier podpisywania ustaw w trybie turbo-nocnym. Nawrocki – człowiek, który swoją wiedzę o demokracji czerpie z broszurki IPN-u i wewnętrznych szkoleń z patriotyzmu w wersji kontenerowej.

Przypomnijmy: Nawrocki to ten sam, który jako prezes IPN prowadził instytut w trybie apokaliptycznej rekonstrukcji. W miejsce badań – propaganda. W miejsce pamięci – ideologiczna nadprodukcja. W miejsce faktów – „bohaterowie wyklęci”, nawet z tektury. A teraz, jako prezydent, ma iść drogą Dudy. Czyli prostą, z górki, przez Konstytucję jak przez krzaki – na skróty.


SĄD? NIE, TO TYLKO DŹWIĘK

Orzeczenie o ważności wyborów padło jak deszcz w październiku – zimny, niechciany, ale nieunikniony. Choć padło z ust izby nieuznawanej, bez legitymacji, bez autorytetu i bez kręgosłupa. Zabrzmiało jak zapowiedź peronu w starym PKP: „pociąg opóźniony, przepraszamy za utrudnienia, ale tak już jest.”

Prezes Wiak – człowiek, który najwyraźniej uczył się orzekania z programów interwencyjnych – wygłosił mowę, w której zdołał przekonać sam siebie, że rozpatrzenie 54 tysięcy protestów nie miało większego znaczenia, bo one były „do siebie podobne”. A podobieństwo, jak wiadomo, wymiarowi sprawiedliwości szkodzi, bo zmusza do myślenia zbiorczego. A to męczy.

A przecież w tych protestach były zarzuty poważne: anomalie, manipulacje, nieprawidłowości przy liczeniu głosów. Przypomnijmy, że Bodnar domagał się pełnego wglądu w protesty – bezskutecznie. Bo jak wiadomo, lepiej nie wiedzieć, żeby nie musieć zaprzeczać.


BODNAR – OSTATNI SPRAWIEDLIWY

Na tym tle postawa Adama Bodnara to był akt odwagi i prawniczej godności. Gdy neosędziowie rechotali, on mówił o Konstytucji. Gdy pytali go, czy „czuje się neosenatorem”, on przypominał, że nie jest w teatrze, tylko w sali, która powinna być sądem.

Po ogłoszeniu orzeczenia mówił z godnością:

„Ta izba nie powinna w tej sprawie orzekać.”
„Dwa zdania odrębne brzmiały jak akt oskarżenia wobec tej izby.”

I zapowiedział list do marszałka Hołowni. To nie był gest polityczny. To gest obywatelski – przypomnienie, że władza pochodzi z prawa, a nie z dykty.


DRAMAT W TRZECH AKTACH I JEDNYM AKCIE WSTYDLIWOŚCI

Spektakl właśnie się skończył. Role zostały zagrane, scenariusz dawno napisany. Nawrocki – prezydent. Izba – „sąd”. Protesty – przemielone. Demokracja – w stanie ciężkim, ale jeszcze oddychająca. Publiczność – podzielona, ale coraz bardziej obudzona.

To wszystko przypomina trochę dramat Wyspiańskiego, tyle że bez poezji, a z nadmiarem patosu. Bez bohaterów, a z aktorami statystami. To dramat pt. „Państwo Polskie”, wystawiany w gmachu Sądu Najwyższego, bez biletu, ale z ceną – wysoką, bo płacimy ją my wszyscy.


POST SCRIPTUM: Z PIECZĘCIĄ, ALE BEZ LEGITYMACJI

Na papierze wszystko się zgadza. Uchwała została wydana. Nawrocki jest prezydentem. Ale papier przyjmie wszystko – nawet hańbę. Nawet śmiech historii.

Bo kiedy o ważności wyborów decyduje izba, która nie jest sądem, to nie jest demokracja. To jest makieta demokracji. A prezydent z takiego wyroku to nie prezydent narodu. To prezydent neosądu.

I jeszcze jedno – trzy zdania odrębne w tej farsie brzmią głośniej niż cała uchwała. Bo są jak gwizdki w meczu ustawionym z góry – przypomnienie, że nie wszyscy się zgodzili. Że ktoś miał odwagę powiedzieć: nie.


KONIEC?

Nie. To dopiero początek.
Bo dopóki Konstytucja nie jest kartką z kalendarza, dopóty każdy Nawrocki będzie tylko chwilowym interwałem między upadkiem a odbudową.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights