PREZYDENT OD WETA I INNYCH BAJEK

Warszawa

Na zegarze wybiła 13:30, a w Pałacu Prezydenckim zderzyły się dwa światy. Z jednej strony Donald Tusk, premier z misją, planem i notatnikiem, z drugiej Karol Nawrocki – samozwańczy strażnik konstytucji, który życie polityczne traktuje jak grajdołek z foremkami do piasku i plastikowymi wetami. Nikt nie wie, czy w sali obrad unosił się zapach kawy, ale smrodek pogardy ze strony prezydenta na pewno.


Bo przecież jakże inaczej nazwać sytuację, w której prezydent RP, niczym nadęty Gandalf bez laski i magii, wypowiada zaklęcie: „Nie przejdziesz!”, i rzuca kolejne trzy weta na stół, zanim premier zdąży powiedzieć: „dzień dobry”. Tym razem oberwała ustawa o blokowaniu nielegalnych treści w internecie (czyli o tym, że można byłoby wreszcie pogonić rosyjskie farmy trolli i nazistowskie fora dla frustratów), poprawki do kodeksu cywilnego i ustawa o NCBR. Jakby równie dobrze mógł zawetować pogodę.


Zamiast wspierać demokratyczne instytucje, Nawrocki paraduje z wetem jak z pluszowym misiem, udowadniając wszystkim, że nie jest notariuszem rządu. A szkoda, bo nie być notariuszem znaczy od razu być sabotażystą. Jego logika? Gdy rząd pracuje dobrze – weta nie ma. Gdy pracuje źle – jest. Czyli są, bo rząd nie klęczy przed Karolem, (w aureoli z orłem w koronie), z prośbą o łaskę.


Nawrocki zresztą nie kryje się z tym, że „presja wet działa”. To jego wersja gimnazjalnego „nikt mnie nie lubi, to popsuję wszystkim zabawę”. Tyle że tu stawką jest ustawa implementująca unijny DSA, dzięki której można byłoby wreszcie usuwać treści nawołujące do nienawiści, przemocy czy przestępstw. Nawrocki twierdzi, że to cenzura. No tak, bo dla ludzi pokroju Karola wolność słowa zaczyna się tam, gdzie kończy się rozum.


Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie doprawił swojej decyzji kilogramami populizmu: ustawa o NCBR to „nauka dla naukowców, a nie dla polityków”, a poprawki do ustaw ubezpieczeniowych „wzmacniają korporacje”. Wszystko to brzmi jakby pisał mu to przemówienie nastolatek, który dopiero co odkrył YouTube’a i teorię spiskową o Billu Gatesie sterującym pogodą.


I tak dochodzimy do symbolicznej sceny: premier przyjeżdża z propozycją współpracy w sprawach Ukrainy, NATO, strategicznych decyzji, a prezydent wita go torpedą. Nawrocki wetuje z gracji człowieka, który zaproszony na wesele przynosi pozew rozwodowy. Zamiast budować państwo, bawi się w hakera ustaw. Zamiast rozmowy – manifest. Zamiast kompromisu – show.


A przecież spotkanie w cztery oczy miało być oznaką odwilży. Miało być gestem wobec obywateli, sygnałem, że Pałac i KPRM potrafią mówić jednym głosem, gdy idzie o Ukrainę, o rolę Polski w Europie, o zagrożenia ze strony Rosji. Tymczasem Nawrocki, zamiast rozmowy, serwuje kuksańce i polityczną fuchę z aktorskim zadęciem. „Nie jestem notariuszem!” – wrzeszczy w eter. No i dobrze, nikt cię o to nie podejrzewał. Podejrzewaliśmy raczej o bycie mimem w teatrzyku Jarosława.


Warto przypomnieć, że to ten sam Nawrocki, który jeszcze chwilę temu przyjmował rolników z otwartymi ramionami w Pałacu, choć jego kompetencje w sprawach Mercosur są takie, jak kompetencje kota w sprawie prawa morskiego. Nie mógł im nic obiecać, ale się pokazał. Oto prezydent selfików i ogólnych deklaracji, który wszystko wie, nic nie może i bardzo się z tym dobrze czuje.


A Tusk? Cierpliwy, jak nauczyciel, który musi prowadzić lekcję z uczniem, który wcześniej podpalił klasę. Spotka się, pogada, zaproponuje współpracę. I znowu dostanie w twarz papierkiem z napisem „weto”. Bo Nawrocki nie jest od współpracy. Nawrocki jest od sabotowania. Nie dlatego, że ma wizję. Ale dlatego, że nie ma nic, tylko podpis i kamerę.


Po spotkaniu z Tuskiem rzecznik prezydenta Leśkiewicz zwołał briefing, podczas którego z rozbrajającą powagą oznajmił, że panowie zgodzili się w sprawie pokoju na Ukrainie i że „nic o Ukrainie bez Ukrainy”. To piękne zdanie, które mogłoby być cytatem z uczniowskiej gazetki ściennej, ale wypowiedziane przez człowieka, który reprezentuje prezydenta – brzmi jak dowcip o szachach w wersji komiksowej. Po godzinie rozmowy mamy więc jedno pewne: pokój ma być pokojowy, a Putin nie zasługuje na zaufanie. Eureka.


Prawdziwym hitem był jednak moment, w którym Leśkiewicz poinformował, że kontakty z prezydentem Trumpem to… domena prezydenta Karola Nawrockiego. Proszę bardzo. Trump ma swoją Melanię, a my mamy Nawrockiego. Jak widać, świat dzieli się na tych, którzy latają do Brukseli, i tych, którzy dzwonią do Mar-a-Lago.


Oto nowy podział kompetencji w polskiej polityce zagranicznej: Tusk – Europa i poważne rozmowy z demokratycznymi przywódcami, Nawrocki – USA i telekonferencje z prezydentem, który myli Wenezuelę z Wietnamem. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości, kto tu gra na jakim poziomie, to właśnie dostał odpowiedź: Tusk gra w szachy, Nawrocki zbiera pionki i mówi, że to go cieszy.
W ten sposób kolejny raz zobaczyliśmy, że państwo potrafi być zakładnikiem jednego człowieka. Człowieka z kompleksem cesarza, który zamiast piętna podpisu używa go jak gumki myszki: do wymazywania rzeczy niewygodnych dla jego ego.
A my? My będziemy płacić cenę za to widowisko. Za każdą ustawę, która wraca jak bumerang. Za każdą decyzję, która grzęźnie w blokadzie. Za każdy teatrzyk, w którym prezydent gra rolę boga prawa, a jest tylko jego kabaretem.


Dobrze, że przynajmniej nie gra już z Tuskiem w „dwa ognie”. Teraz to już tylko solówka. Obezwładniająca, chaotyczna, nudna i szkodliwa.


Wystarczy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights