



Zbliżamy się do momentu, w którym Polska – niegdyś kraj papieża, wódki i rozregulowanych zawieszeń – zostanie oficjalnie uznana za pierwsze państwo na świecie, które sabotuje przyszłość cyfrową, energetyczną i polityczną jednocześnie. Wszystko to zasługa nie tyle przypadku, co doskonale skoordynowanej orkiestry pod batutą wybitnych solistów: Karola Nawrockiego, Adama Glapińskiego i Jacka Sasina.
Na pierwszy ogień idzie kryptowalutowy dramat w trzech aktach. Sejm uchwala ustawę – prezydent ją wetuje. Premier Tusk próbuje jeszcze raz – prezydent siedzi i myśli. Bo jak sam wyznał jego minister, „nie wiedział”. Nie wiedział o czym? O zagrożeniach wynikających z braku nadzoru nad rynkiem, na którym hula rosyjska i białoruska mafia, piorąc pieniądze szybciej niż TVP robiła kampanie antyunijne?
Donald Tusk – nieco już zrezygnowany, ale wciąż gotów – apeluje do głowy państwa: proszę już nie przeszkadzać. I trudno mu się dziwić. Nawrocki, który przez lata udawał archeologa pamięci narodowej, teraz udaje, że rozumie współczesną gospodarkę cyfrową. Gdyby jeszcze był konsekwentny w swej niewiedzy – to pół biedy. Ale jego otoczenie próbuje dorabiać do weta ideologię: że ustawa niejasna, zbyt surowa, a nawet… nieproporcjonalna. Jakby walka z cyberprzestępczością miała być realizowana metodą czułych gestów i miłosiernych regulacji.
W tle tego kabaretu z blockchainem w roli głównej Komisja Europejska klepie zgodę na pomoc publiczną dla polskiej energetyki jądrowej. Sześćdziesiąt miliardów złotych. Budowa rusza – z kopyta, jak zapowiada premier. Ale znając tempo legislacyjne w naszym pięknym kraju, równie dobrze może to być kopyto dorożkarskie. Bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto akurat nie doczytał, nie wiedział, albo miał ważniejsze sprawy: jak np. rekonstrukcja krzyża na Żoliborzu.
Z drugiej strony sceny mamy Adama Glapińskiego – człowieka, który udowadnia, że można być prezesem banku centralnego i jednocześnie nie wiedzieć, co się dzieje w banku centralnym. Członkowie zarządu NBP zostają odsunięci od nadzoru. Dlaczego? Bo odważyli się zaproponować coś tak bezprecedensowego, jak zwiększenie uprawnień zarządu i… ograniczenie władzy Glapińskiego. Skandal. Zdrada. Kto to widział, żeby zarząd zarządzał?
Glapiński – jak na współczesnego Juliusza Cezara przystało – kontratakuje. Usuwa ich z nadzoru nad departamentami, jakby były to niegrzeczne dzieci na wycieczce. W tle apel Rady Polityki Pieniężnej, by nie eskalować konfliktu i nie naruszać „ustalonej relacji między organami konstytucyjnymi”. Czytaj: zostawcie Adama w spokoju, bo się obrazi i przestanie mówić o „wait and see”.
Gdy już sądziliśmy, że nic bardziej groteskowego się nie wydarzy, wchodzi Jacek Sasin – cały na brunatno. I oznajmia, że woli Grzegorza Brauna niż Donalda Tuska. Braun – człowiek, który słowo „koalicja” rozumie tylko wtedy, gdy występuje po nim „aryjska czystość narodowa”. Europoseł, który kwestionuje istnienie komór gazowych, wyprowadza księdza z sejmu i odprawia egzorcyzmy na Straży Marszałkowskiej. I oto Jacek Sasin, człowiek od dwóch miliardów w respiratorowej pustyni, mówi, że woli jego niż byłego szefa Rady Europejskiej.
Komentarze? Czarzasty: masakra. Witczak: wstyd. Zgorzelski: brunatna koalicja. I każdy z nich ma rację. Bo oto PiS – ta sama partia, która przez lata wmawiała Polsce moralną wyższość nad całym światem – flirtuje z politykiem, którego powinna się bać nawet Konfederacja.
A kiedy już myśleliśmy, że dzień nie może być głupszy, pojawiają się biskupi. Oburzeni. Zaniepokojeni. Obrażeni na wyrok TSUE, który nakazuje uznawać związki jednopłciowe między państwami UE. To, ich zdaniem, zamach na narodową tożsamość i małżeństwo. Bo jak wiadomo, największym zagrożeniem dla Polski nie jest inflacja, nie jest chaos prawny, nie są cyberataki czy rosyjskie służby, tylko dwóch zakochanych facetów, którzy chcą razem wziąć kredyt.
I choć sam Donald Tusk apeluje o rozsądek, rozwagę i prawo europejskie, to COMECE – kościelna komisja episkopatów – grzmi: „to rodzi nastroje antyeuropejskie”. Otóż, drodzy biskupi – te nastroje hodujecie wy od lat, podlewając je kazaniami o moralnym upadku Zachodu i o tęczy jako znaku bestii.
Podsumowując: kraj stoi w miejscu, bo jego instytucje prowadzą wzajemne sabotaże. Prezydent blokuje ustawę, której nie rozumie. Prezes NBP walczy z własnym zarządem. Poseł PiS publicznie wybiera faszystę. Kościół boi się miłości. A gdzieś pośrodku tego wszystkiego premier próbuje budować atom i zabezpieczać kryptorynek. To nie jest już nawet teatr absurdu. To escape room dla sadystów.
I jeszcze pytanie końcowe: kiedy wreszcie ktoś powie, że cesarz jest nagi? Bo póki co Glapiński paraduje w samej koronnej arogancji, Nawrocki rozważa kolejne weto w świetle zniczy patriotycznych, a Braun szykuje się do rządzenia.
Krypto, atom, brunatna koalicja – wszystko w jednym tygodniu. Kto potrzebuje Netflixa, skoro mamy to?
Polska, rok 2025. Level hard.

Dodaj komentarz