
Jarosław Kaczyński trafił do szpitala. Znów. Nie pierwszy raz i – nie łudźmy się – nie ostatni. Prezes, który latami z lubością hospitalizował polską demokrację, teraz sam trafia na oddział. Oficjalnie: infekcja. Nieoficjalnie: świat nie jest już znośny, kiedy nie słucha poleceń.
Jak donoszą tropiciele infekcyjnych niuansów, przewiało go. Podobno na kongresie rolniczym, w szkole podstawowej. I to jest właśnie metafora całej jego politycznej kariery – człowiek, który chciał być Napoleońskim strategiem, przeziębił się w klasie 3B w Skarżysku-Kamiennej. To trzeba mieć talent.
Jarosław Kaczyński – człowiek, który boi się ludzi, ale kocha ich nienawidzić. Człowiek, który o emerytach mówił z pogardą, chociaż sam już dawno powinien był siedzieć na werandzie z pledem na kolanach, karmiąc kota wspomnieniami o 2007. Zamiast tego jeździ po kraju jak upiorny kolędnik i śpiewa stare, fałszywe kolędy o uchodźcach, Niemcach, Unii i „wrogach Polski”.
Pamiętacie, jak po operacjach kolana dostawał kwiaty od działaczy, a szpitale zyskiwały czeki z państwowych pieniędzy jak z teleturnieju „Familiada dla Ortopedii”? Cud uzdrowienia połączony z dotacją z budżetu państwa. Święty Jarosław od Endoprotezy.
W 2022 operacja kolana. W 2023 – komplikacje. W międzyczasie sepsa. A teraz infekcja. Cóż, historia chorób długa jak lista obietnic wyborczych PiS, których nikt nie zamierzał spełniać. Gdyby zdrowie prezesa miało program polityczny, byłoby „Polska w ruinie”, ale wewnętrznej.
I teraz, uwaga, delikatna nutka współczucia: no tak, starość to nie jest festiwal. Można mieć pretensje do świata, że boli kolano, a nie do Donalda Tuska, że wrócił z Brukseli. Więc tak, współczuję. Przez sekundę. Krótką. Jak mrugnięcie oka kota, którego pogłaskał tylko raz.

Ale spokojnie, nie podniecajmy się. On wróci. I znów zacznie bredzić o „cywilizacji śmierci”, „zdradzie o świcie”, „układzie”, „Tusku-agencie” i czymkolwiek jeszcze mu się przyśni między kroplówkami. To jak ze Złym Mikołajem – co roku wraca z workiem gróźb i nienawiści.
Mariusz Błaszczak, który ma przejąć obowiązki na czas nieobecności prezesa, to jak dać chomikowi kierownicę autobusu. Urocze, ale niebezpieczne. A Rafał Bochenek, partyjny rzecznik, brzmi jak chłopiec, który musi tłumaczyć, że tatuś nie może dziś przyjść, bo „jest chory, ale to nic poważnego”.
Więc śpij spokojnie, Polsko. Prezes na chwilę zniknął, ale nie ma co się łudzić. Zdrów jak rydz nie będzie, ale wystarczy mu sił, by znów szczekać spod kanapy na Zachód, LGBT, uchodźców i logikę.
I tylko jedno pytanie pozostaje: czy szpital, w którym przebywa, już przygotował miejsce na tablicę pamiątkową? Może z napisem: „Tu odpoczywała demokracja, kiedy Jarosław Kaczyński miał katar.”

Dodaj komentarz