



Witajcie w kolejnym odcinku serialu politycznego pt. „Kto tu rządzi, niech wreszcie powie”, produkcji krajowej, sezon 2025. Obsada jak zwykle ta sama: Tusk gra rozsądek, Sikorski to człowiek od mokrej roboty, a reszta to aktorzy epizodyczni z tendencją do improwizacji i zapominania kwestii.
Na pierwszy plan wysuwa się Jarosław Kaczyński, znany taktyk i strateg, który postanowił grać w szachy na dwa stoły: z jednej strony walczy z KO, z drugiej z Konfederacją. Ruch ten wymaga subtelności chirurga i wyczucia sapera, ale Jarosław przypomina raczej pana z kartonu po bananach, który wbiegł na pole minowe z okrzykiem „Za Polskę”.
Z KO nie idzie łatwo, bo Donald Tusk w formie, to polityczny Grandmaster. Gra spokojnie, ale konsekwentnie, z ironicznym uśmieszkiem, który doprowadza prawicę do szaleństwa. Tusk nie krzyczy, nie tłucze mikrofonem, nie pokazuje palcem. On po prostu wie, gdzie jest kamera. I kiedy trzeba, robi miejsce Sikorskiemu, który jak Terminator w garniturze za 5000 zł, wchodzi, załatwia, rzuca ciętą ripostę i wychodzi.
Radosław Sikorski zresztą to jedyny facet w tym kraju, który potrafi pokazać gest Kozakiewicza i jeszcze dostać za to punkty. Gdy prezydent Nawrocki i jego szajka zaczęli znowu mieszać przy nominacjach ambasadorskich, Sikorski nie krzyczał. On po prostu zrobił to, co trzeba: pokazał, kto tu trzyma paszporty dyplomatyczne. A potem wrócił do pokoju, gdzie czekała whisky i mapa świata, na której zaznacza się strefy absurdu.
Tymczasem Kaczyński, jak dziadek, który nie pogodził się z faktem, że nikt już nie słucha jego opowieści o wojnie, zaczął opowiadać o polexicie. Żyjemy w czasach, gdy nawet TV Przemyśl nie puszcza tego bez komentarza. Jego monologi brzmią jak reklama taniego leku na przerost ambicji: „Skutki uboczne: utrata poparcia, mimowolne ziewanie elektoratu, napady nostalgii za latami 90.”.
Ale przecież nie samym Kaczyńskim żyje naród. Mamy jeszcze Konfederację, czyli klub pięciu młodych gentlemanów, którzy myślą, że TikTok to program rządowy. Mentzen, który jeszcze niedawno bawił się w memy z podatkami, nagle odkrył, że polityka to nie cosplay z podcastu. PiS bije go po łapkach, ale robi to z taką gracją, jakby przedszkolanka zwracała uwagę na hałas w świetlicy.
W tle tej farsy Nawrocki wciąż odgrywa rolę prezydenta. Człowiek, który najczęściej nie wie, ale może jednak wie, ale nie może powiedzieć, bo nie wie, czy może. To taki polityczny Schrödinger: jednocześnie poinformowany i zaskoczony, obecny i nieobecny, odpowiedzialny i bezradny. Każde jego wystąpienie przypomina list gończy za logiką.
Tymczasem na Bliskim Wschodzie Netanjahu przechodzi metamorfozę z polityka w piromana. Kolejne decyzje jego rządu wyglądają, jakby tworzył je zespół scenarzystów horroru klasy C: „Zbrodnia, zemsta, blokada, repeat”. Zachód zaczyna się odwracać, bo nawet najwierniejsi koalicjanci nie chcą grać w filmie, w którym głównym bohaterem jest zniszczenie.
W tym samym czasie Kanada i Wielka Brytania uznały państwo palestyńskie, a państwa bałtyckie – Litwa, Łotwa, Estonia – nie. Dlaczego? Bo boją się Donalda Trumpa. Dosłownie. Nie chcą, żeby wielki pomarańczowy palec wskazał ich jako niegodnych obrony przez NATO. A to nie żart – to polityczna rzeczywistość, w której bałtyckie demokracje kalkulują decyzje w oparciu o możliwy nastrój byłego gospodarza Białego Domu.
A Trump? Ten sam, który niedawno groził Afganistanowi „złymi rzeczami”, jeśli nie oddadzą Amerykanom bazy Bagram. Ten sam, który zapomniał już, że to właśnie jego administracja wycofała wojska USA w takim pośpiechu, że talibowie musieli się dziwić, że nie zostawili im jeszcze pizzy na wynos. Ten sam, którego Rosjanie już się nawet nie boją – bo skoro rosyjskie drony mogą rozsypać szczątki po Mazowszu i Lubelszczyźnie, a Trump grozi Afganistanowi – to w Moskwie pewnie myślą, że ktoś pomylił mapy.
Donald Trump wciąż deklaruje, że „pomógłby Polsce”. Ale pytanie brzmi: jak? Sprzedałby nam czapki z hasłem „Make NATO Confused Again”? Czy może wyznaczyłby granice bezpieczeństwa NATO wzdłuż Odry, bo Ukraina, Estonia i Polska to przecież gdzieś obok Meksyku?
Więc tak: mamy rząd, który trzyma się pionu, prezydenta, który zgubił kompas, opozycję, która szuka sensu istnienia, bałtyckich sąsiadów, którzy wróżą z nastrojów Trumpa, oraz międzynarodowych przywódców, którzy przerabiają politykę na kabaret. A my? My mamy popcorn. I to coraz droższy.
Polska, rok 2025. Cyrk w trasie. Tylko nikt nie wie, kto trzyma lejce.

Dodaj komentarz