



Nie bądźmy naiwni. To nie jest zwykła książka. To nie jest nawet nadzwyczajna książka. To jest obiekt kultu, krucyfiks dla wyznawców jednej religii: Jarosławianizmu. „Jarosław Kaczyński. Realista i wizjoner. Praca zbiorowa” to tytuł, który można by napisać równie dobrze krwią dziewiczych opozycjonistów albo wypalać na plecach zhańbionych redaktorów TVN24.
Tej książki nie kupisz w kiosku. To nie jest produkt masowy. To raczej relikwia. Dystrybuowana podczas partyjnych sabatów, podsuwana wiernym do pocałowania niczym obrazek z beatyfikacji, podawana z czcią większą niż komunia w parafii na Żoliborzu. Jej lektura grozi poparzeniami mózgu, gwałtownym wzrostem poziomu lizolu we krwi i atakiem ślepej lojalności.
Wydana pod czujnym okiem Adama Chmieleckiego i Jana Drausa, z twardą oprawą jak poglądy Krystyny Pawłowicz, oraz kolorowymi wkładkami przedstawiającymi Jarosława w pełnym wachlarzu pozycji: od rozkosznego bąbelka w krótkich spodenkach po sędziwego mędrca w płaszczu patrioty. ISBN: 978-83-8335-662-4 — tak, to się wydarzyło naprawdę.
Nie mamy do czynienia z książką. To pomnik z tektury. Panegiryk zalany melasą. Kompendium wazeliniarstwa. Znajdziemy tu wspomnienia pełne uniesień: Jarosław jako niemowlę, Jarosław jako rewolucjonista, Jarosław jako wódz narodu, Jarosław z Orbánem i Meloni, Jarosław z kotem Alikiem. Brakuje tylko Jarosława jako zmartwychwstałego, ale to zapewne zostawili na drugi tom — który ukaże się, gdy tylko prezes wyjdzie ze szpitala, do którego ponoć trafił z powodu przeziębienia, choć jak wiemy, przeziębienie w jego przypadku może mieć skalę geopolityczną.
A kto pisze te liturgie ku czci? Czołowi kaznodzieje pisowskiego neobaroku: Mariusz Błaszczak, Beata Szydło, Ryszard Terlecki, Joachim Brudziński. Ich teksty są jak modlitwy poranne w klasztorze pełnym lizusów. Każdy z nich wspomina, jak kiedyś Jarosław powiedział do niego „dzień dobry” — i jak to zmieniło ich życie. To taka polska wersja biblijnego dotyku Chrystusa, tyle że skutkiem nie jest uzdrowienie, tylko powołanie na funkcję ministra lub wiceministra od niczego.
Jednym z najbardziej wzruszających elementów tej opowieści są wyznania tych, którzy dostąpili zaszczytu przejścia z prezesem na „ty”. Oto Ryszard Terlecki — postać tak zamyślona, że aż wydaje się stale nieprzytomna — z dumą opisuje swoją bliskość z Jarosławem, jakby chodziło o udział w tajnym rytuale w loży masońskiej. Dla Terleckiego samo przebywanie w pobliżu prezesa to jak kontemplacja świętości, a pisanie tekstu do tej książki jest ewidentnie równoważne z wpisem do księgi błogosławionych. Jego hołd to klasyczne „niby nic nie pamiętam, ale czuję świętość”.
Z kolei Mateusz Morawiecki wspina się na szczyty dialektyki: „75. urodziny. Piękny wiek, piękny życiorys, a jeśli chodzi o karierę polityczną — zgodnie z tym, co sam Jarosław Kaczyński często powtarza — dobry początek”. Nie wiem, czy do państwa to dotarło w całej swojej przejrzystości: Kaczyński w wieku 75 lat dopiero się rozkręca i na serio zaczyna karierę polityczną. Co może oznaczać — ni mniej, ni więcej — kolejne 75 lat z prezesem. Morawiecki pisze, jakby chciał zostać testamentariuszem Jarosława, a może nawet jego duchowym następcą. Ale niestety dla Mateusza, święci nie mają dziedziców. Mają tylko wyznawców.
Na tle tych egzaltacji wyróżnia się list Viktora Orbána, który rozpoczyna się od zachwytów nad „Lalką” Prusa i przechodzi płynnie w pochwałę dębów, których korzenie symbolizują przyjaźń narodów. Szkoda, że nie dodał, że Jarosław to dąb, który nie tylko się nie łamie, ale też nie zrzuca liści. Albo zębów.
Kulminacją absurdu jest rozdział autorstwa Marka Suskiego, który opowiada historię z kotem Alikiem. Otóż w czasie nieobecności prezesa kot zniknął. Ponoć uciekł przez niedomknięte drzwi. Prezes miał wrócić lada moment. W panice sprowadzono strażaków, ale ci nie poradzili sobie z kotem siedzącym na drzewie. W akcie desperacji służby specjalne sprowadziły kota-sobowtóra. Kiedy prezes wrócił, rzucił się do pieszczot z domniemanym Alikiem, który… podrapał go do krwi. W nocy, gdy prezes spał, służby zdołały odzyskać oryginalnego Alika i dokonały cichej podmiany. Prezes się nie zorientował. Bo w Jarosławowie nie chodzi o to, czy coś jest prawdziwe. Chodzi o to, czy wygląda, jakby było.
To historia metaforyczna. Nie o kocie. O państwie. O narodzie, który przyjmuje podmienioną rzeczywistość, bo tak jest łatwiej. Bo skoro nawet prezes nie zauważył różnicy, to może i my nie powinniśmy.
A w tle? Grzegorz Braun z gaśnicą. Karol Nawrocki z IQ topniejącym szybciej niż lodowiec w Alpach. Ziobro na emigracji politycznej. Mentzen z miną księgowego po trzecim piwie. I tysiące wyznawców, którzy gotowi są nieść Jarosława jak relikwię przez spalony kraj, pełen billboardów, banerów i przeterminowanej retoryki.
Czytamy tę książkę jak nekrolog demokracji. To nie jest publikacja. To jest msza za duszę państwa, w której nie uczestniczy żaden duchowny, ale wszyscy klęczą. Polityka zamieniła się w sakrament. Jarosław w ołtarz. Kraj w kapliczkę na rozstaju dróg.
I wiecie co? Żyjemy w państwie, w którym prezes nie ma prawa jazdy, ale wszyscy wożą go na gapę. Jego największym marzeniem nie jest Polska nowoczesna, demokratyczna i otwarta, ale Polska, w której każdy wie, gdzie jest jego miejsce — i najlepiej, żeby to miejsce było poniżej kolan prezesa.
Kiedyś będzie o tym film. Może musical. Może czarna komedia. Ale zanim to nastąpi, została nam książka. Ewangelia świętego Jarosława. Tom I. Drugi, być może, powstanie po wyjściu ze szpitala.
A jeśli kiedyś historia znów zapyta: jak to się stało, że żyliście w monarchii bez korony i nie protestowaliście? Pokażcie im to. I powiedzcie:
To nie była książka. To był kot. Fałszywy. Podstawiony. I nikt nie zauważył.

Dodaj komentarz