


Jarosław Kaczyński obudził się w politycznym gabinecie luster, w którym każde odbicie jest krzywe, a żadne nie pokazuje drogi wyjścia. Przez ćwierć wieku był dyrygentem prawicy, teraz stoi na podium, macha batutą i odkrywa, że orkiestra gra już trzy różne marsze, każdy w innym tempie, a jeden – braunistyczny – najwyraźniej na pożarcie rozumu.
Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w kleszczowym uścisku. Z jednej strony skrajna prawica Grzegorza Brauna, z drugiej własne frakcje, które przypominają dwa plemiona walczące o ognisko: „maślarze” i „harcerze”. Jedni chcą więcej ideologii, mniej myślenia i kurs na ścianę z okrzykiem „Bóg, honor i gaśnica”. Drudzy udają umiarkowanych technokratów, którzy nagle odkryli centrum, bo skrajność zaczęła śmierdzieć siarką.
Kaczyński patrzy na to wszystko jak zegarmistrz, któremu rozsypał się mechanizm, ale zamiast go naprawić, próbuje go przekrzyczeć. Problem w tym, że Braun nie krzyczy – Braun recytuje apokalipsę. Jego partia rośnie, bo oferuje prostą wizję świata: bez podatków, bez Unii, bez ZUS-u, bez zdrowego rozsądku. Państwo jako fantazja libertariańskiego survivalisty, w której VAT znika szybciej niż pieniądze z budżetu, a węgiel wraca jak duch przeszłości, którego nikt nie zapraszał, ale i tak siedzi przy stole.
To nie jest program gospodarczy, to jest polityczny sen po ciężkostrawnej kolacji. Polska Brauna miałaby być krajem bez PIT, CIT i VAT, za to z Polexitem jako daniem głównym. Ekonomiści łapią się za głowy, ale elektorat klaszcze, bo wizja państwa bez podatków brzmi jak obietnica wiecznych wakacji. Nikt tylko nie tłumaczy, kto zapłaci za drogi, wojsko i szpitale. Być może święty Mikołaj albo rynek, który wszystko załatwi, o ile się go odpowiednio nie dotyka.
W tym czasie PiS rozgrywa wewnętrzną partię szachów, w której wszyscy są hetmanami, a pionki dawno uciekły do Konfederacji lub Brauna. „Maślarze” – Czarnek, Jaki, Sasin – chcą skrętu w prawo tak ostrego, że aż grozi wypadnięciem z drogi. „Harcerze” Morawieckiego mówią o centrum, ale brzmią jak ludzie, którzy przez osiem lat rządzili i nagle odkryli, że wyborcy nie lubią chaosu.
Prezes próbował pojednania. Wigilia na Nowogrodzkiej miała być opłatkiem zgody, a wyszła jak zawsze – zimna, sztywna i pełna nieufnych spojrzeń. Nawet opłatek nie skleił partii, która rozpada się na oczach wyborców. Kaczyński jest liderem już tylko z nazwy, bo realną władzę przejęły sondaże i strach.
Strach przed Braunem. Strach przed Konfederacją Bosaka i Mentzena, którzy też czują oddech „frontu gaśnicowego” na plecach. Mentzen, doktor od długu, straszy bankructwem państwa, opierając się na tezach bardziej publicystycznych niż naukowych. Jego wizja finansów publicznych jest jak tablica ostrzegawcza: „szkodzi, gdy jest szkodliwy”. Brzmi mądrze, dopóki ktoś nie zapyta o szczegóły.
A świat? Świat nie czeka, aż polska prawica się dogada. Rosyjskie samoloty testują naszą czujność, Chiny grożą wojną w Cieśninie Tajwańskiej, a Ukraina nadal się broni. W tym kontekście wizje Polexitu i państwa bez podatków brzmią jak zaproszenie do geopolitycznej samotności. Ale na prawicy logika dawno przestała być warunkiem koniecznym.
Jarosław Kaczyński stoi więc na rozdrożu. Skręt ku Braunowi oznacza legitymizację antyeuropejskiego chaosu i języka nienawiści. Skręt ku centrum oznacza przyznanie się do porażki własnej polityki. Każdy wybór jest zły, bo zabrakło trzeciej drogi: refleksji.
PiS w kleszczach prawicy to obraz partii, która zjadła własny ogon i teraz dziwi się, że boli. A prezes? Prezes może jeszcze manewrować, ale paliwo się kończy. I coraz wyraźniej słychać, że to nie Braun i nie Konfederacja są największym zagrożeniem dla PiS. Najgroźniejszy jest czas, który nie ma sentymentów do politycznych mitów.

Dodaj komentarz