POWSTANIE WARSZAWSKIE PO LATACH: BOHATERSTWO, KLĘSKA I PAMIĘĆ

Warszawa

Od 81 lat zadajemy sobie to samo pytanie: czy Powstanie Warszawskie miało sens? I od 81 lat nie potrafimy na nie jednoznacznie odpowiedzieć – bo i jak zmierzyć wartość ludzkiego życia, jak zważyć godność, jak wycenić desperację narodu, który już nie miał nic do stracenia, poza sumieniem?

Z jednej strony: 18 tysięcy poległych powstańców. 180 tysięcy zabitych cywilów. Zburzona Warszawa, zrównana z ziemią decyzją człowieka, który nie znał litości. I wojska Armii Czerwonej stojące na drugim brzegu Wisły – cicho, jakby z zaciśniętymi ustami przyglądające się, jak miasto kona. Z drugiej strony – niepełnoletni chłopcy i dziewczęta, którzy postanowili, że przez 63 dni będą wolni, choćby tylko na własnych ulicach, choćby tylko do śmierci.

Spieramy się, czy rozkaz był słuszny, czy decyzja zapadła w chaosie, czy przekaz z Londynu rzeczywiście się spóźnił. Historycy grzebią w papierach, komentatorzy przelewają patos lub cynizm na papier. Tymczasem to, co najważniejsze, nadal patrzy na nas ze zdjęć Eugeniusza Lokajskiego – z oczu rusznikarza Stefana Samka, z dłoni sanitariuszek, z brudu kanałów, z którego nie sposób się domyć. Powstanie nie zna jednej wersji. Nie ma jednej prawdy. Ma tylko świadków.

A świadkowie milkną. Zostaje pamięć – najpierw osobista, potem społeczna, na końcu polityczna. Ta ostatnia jest najgłośniejsza i najgłupsza. Muzeum Powstania Warszawskiego, choć powstało z dobrych intencji, często wychodzi gości z przekonaniem, że „wygraliśmy”. A przecież nie. Oddaliśmy miasto, życie, przyszłość – w zamian za kilka tygodni wolności i zapis w historii, który nie daje ulgowego.

Powstanie to nie tylko mit. To nie tylko pieśń o warszawskich dzieciach, które poszły w bój. To także pominięta rzeź Woli, gwałty, egzekucje, hałdy prochów, które w styczniu 1945 roku wożono ciężarówkami na pogrzeb. To także trauma, która nie daje się zamknąć w gablocie. Rymkiewicz mówił o „pięknie symbolicznym” powstania. Ale to piękno ma twarz kobiety, która nie zdążyła zamknąć drzwi schronu, i dziecka, które miało siedem lat, kiedy padło od kuli.

A jednak bez Powstania nie byłoby 1989 roku. Bez Powstania nie byłoby mitu, który – choć mroczny i rozdarty – mówi: byliśmy wolni, choć przez chwilę. I to wystarczyło, by potem chcieć tej wolności znowu. Substancji narodu nie da się przeliczyć na złotówki. Można ją tylko poczuć, stojąc 1 sierpnia na ulicy i słysząc syrenę.

Dziś młodzi noszą kotwice na bluzach, niektórzy nie wiedzą, co znaczą. To nie ich wina. To nasza. Bo pamięć to nie tylko rocznica i znicz. To rozmowa, prawda, także ta niewygodna. To pytania zadawane bez strachu, ale z szacunkiem. Czy powstanie było konieczne? Czy można było inaczej? Czy jesteśmy dziś inni niż wtedy?

Wojna na Wschodzie znów przypomina, że historia nie śpi. Że heroizm nie jest przeszłością. Że ludzie nadal giną, by zachować podmiotowość. I że być może znów – oby nie – przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie zapytać siebie: „Czy ja się podniosę z kanapy?”.

Powstanie Warszawskie nie daje łatwych odpowiedzi. Nie powinno. Jego siłą jest pytanie, które w nas zostaje. I może – paradoksalnie – to właśnie jest jego największy sens: nie pozwolić nam zapomnieć, co to znaczy być człowiekiem, który ma odwagę być wolnym.

Obyśmy nigdy nie musieli tego sprawdzać. Ale jeśli przyjdzie taka chwila – niech spojrzenie Stefana Samka będzie z nami.

Nie łobuzerskie. Nie cyniczne. Tylko godne.

Tylko wolne.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights