POPŁUDNIOWY (DLA WAS) FELIETON O PRZEGRYWACH, KTÓRZY CHCĄ WYGRAĆ ŻYCIE

Warszawa

Przedpołudnia w Toronto mają w sobie coś z powolnego zsuwania się ze zjeżdżalni – niby człowiek się ślizga, niby jedzie, niby ma kontrolę, ale jednak czuje, że grawitacja negocjuje warunki po swojemu. Torontończycy krążą między kawiarniami a tramwajami, światło przytłumione chmurami, odbija się w wieżowcach jak w lśniących szybach akwarium, a ja – podstarzały wykładowca, ojciec czterech córek i człowiek, któremu nigdy nie udaje się dopić kawy, zanim świat zacznie się palić – jadę na Uniwersytet w Toronto i rozmyślam.

O ludziach. O świecie. O tych wiecznych obietnicach sukcesu, które nam wciskano jak parówki w szkolnej stołówce: „Będzie dobrze, tylko jedz”.

I o tym, że w końcu uwierzyliśmy.


POKOLENIE, KTÓRE MIAŁO WYGRAĆ, A DOSTAŁO OD ŻYCIA W MORDĘ

Kiedy czytam o „pokoleniach przegrywów”, mam ochotę zapytać: przegrywów względem czego? Bo jeśli sukces mierzymy liczbą metrów kwadratowych w mieszkaniu i długością leasingu na SUV‑a, to owszem – trzydziesto‑ i czterdziestolatkom oferuje się dziś takie ceny nieruchomości, że nawet banki dają na mszę, zanim policzą zdolność kredytową.

Ale nie o to chodzi. Uwierzyliśmy, że szczęście jest linią prostą wzrostu – jak wykres PKB w prezentacji dla inwestorów. Miałeś iść na studia, pracować, potem mieć więcej, potem jeszcze więcej, a na końcu umrzeć szczęśliwy, bo wreszcie kupiłeś sobie ekspres do kawy, który mieli ziarna lepiej, niż twoje życie mieli problemy.

Tyle że rzeczywistość – niczym księgowa z piekła rodem – spojrzała na to wszystko i powiedziała: „Panie kochany, to się nie spina.”

Dziś więc mamy ludzi, którzy – zamiast przeskakiwać rodziców – zderzają się z sufitem, bo świat postanowił, że już nie będzie rosnąć jak drzewko bonsai nawożone marzeniami lat 90. A potem, gdy jeszcze dołożymy media społecznościowe, które każą ci wyglądać, jakbyś właśnie wrócił z Bali, gdzie prowadziłeś firmę IT i warsztaty oddechowe dla lampartów – mamy mieszankę wybuchową.

Wynik? Pokolenie, które miało zdobywać Mount Everest, nie ma siły wspiąć się na własne oczekiwania.


KANADA – KRAJ, W KTÓRYM PRZEGRYW TEŻ MOŻE WYJŚĆ NA LUDZI

Tu, w Kanadzie, problem wygląda inaczej, ale korzenie te same: presja sukcesu. Zamiatamy ją pod dywan tak intensywnie, że gdyby dywany miały uczucia, już dawno poszłyby na terapię. Kanada nauczyła się jednak czegoś ważnego – żeby przetrwać, trzeba przede wszystkim poluzować śrubę, zanim zerwie się gwint.

W szkołach uczy się nie tylko liczb, ale i regulowania emocji. Dzieci rozmawiają o stresie. O lękach. O tym, że porażka nie jest piętnem, tylko częścią procesu. Tego samego uczę moich kanadyjskich studentów, tych przyszłych analityków, inżynierów, ekonomistów: że świat nie jest symfonią sukcesu, tylko kakofonią prób i błędów.

A jednak nawet tutaj, w kraju syropu klonowego i grzeczności, która potrafi zirytować swoją grzecznością – presja rośnie. Ceny mieszkań szybują tak, że nawet sokół wędrowny robi im zdjęcia z dołu. Młodzi toną w oczekiwaniach. Rodzice nie nadążają z tłumaczeniem, że życie nie jest konkursem z tabliczkami punktów.

Ale jedno Kanada robi dobrze: uczy, że człowiek to nie projekt, tylko proces.


EUROPA – KONTYNENT, KTÓRY ZGUBIŁ INSTRUKCJĘ OBSŁUGI CZŁOWIEKA

Berlin, Londyn, Warszawa – uczyłem tam, pracowałem, zarządzałem firmami, obserwowałem ludzi. I widziałem, jak rytm neoliberalnych mitów wrył się w ich kręgosłupy jak źle dopasowany gorset.

Tam szczęście jest zadaniem do odhaczenia. Rozwojem osobistym. Współczesną wersją „bądź kimś”, tylko z uśmiechem coacha, który krzyczy ze sceny: „Możesz wszystko!” – choć sala pełna ludzi nie może nawet pozwolić sobie na mieszkanie.

I właśnie dlatego dziś ludzie zamiast szukać sensu, szukają instruktora sensu. Trafiają do samozwańczych mentorów,, którzy sprzedają recepty na szczęście jak suplementy diety w reklamach: „Nie działa? To znaczy, że trzeba kupić kolejne opakowanie!”.


PODSTARZAŁY WYKŁADOWCA W DRODZE DO PRACY

Wracam więc do siebie. Jest przedpołudnie, Toronto szumi jak wielki ul, a ja jadę na uniwersytet i myślę o moich czterech córkach.

Dwie starsze – prawniczka i lekarka w Polsce – walczą na froncie polskiej rzeczywistości, gdzie każdy sukces jest okupiony tabelką Excela, nerwicą i trzema telefonami służbowymi.

Dwie młodsze – 11 i 9 lat – rosną w Kanadzie, w świecie bardziej miękkim, ale równie chaotycznym.

I tak sobie westchnąłem – jak człowiek, który widział trzy dekady transformacji i cztery dekady ludzkiej głupoty – że naszym zadaniem nie jest tworzyć pokolenie zwycięzców, ale pokolenie ludzi, którzy nie pękną, jeśli nie wygrają.

Bo sukces jest jak syrop klonowy: każdy chce, ale jeśli nalejesz za dużo, wszystko się klei.


JAK TO ROZWIĄZAĆ? PROŚCIEJ, NIŻ WSZYSTKIM SIĘ WYDAJE

Świat nie potrzebuje kolejnych coachów krzyczących „uwierz w siebie”. Świat potrzebuje:

  • szkół, które uczą myśleć, a nie rywalizować,
  • rodzin, które mówią „poradzisz sobie”, zamiast „musisz zwyciężyć”,
  • firm, które nie traktują ludzi jak baterii litowo‑jonowych,
  • polityków, którzy wiedzą, że społeczeństwa nie da się zmotywować slajdem z wykresem.

Kanada, Europa, Polska – wszyscy zmagamy się z tym samym: utraciliśmy umiejętność bycia wystarczająco dobrymi.

A wystarczająco dobre życie często jest lepsze od idealnego, bo – w przeciwieństwie do tego drugiego – istnieje naprawdę.


I NA KONIEC – ODWAGA PRZEGRYWANIA

Może więc nie chodzi o to, by wychowywać zwycięzców. Może chodzi o to, by uczyć dzieci (i siebie!), że porażka jest częścią życia, a nie wyrokiem.

Bo prawdziwy przegryw to nie ten, kto nie osiągnął sukcesu. Prawdziwy przegryw to ten, kto całe życie próbował go udawać.

A ja, jadąc na zajęcia, z tym wszystkim w głowie, myślę sobie, że to może najważniejsza lekcja, jaką możemy dziś dać światu.

Nie, nie: „możesz wszystko”.

Raczej:

„Nie musisz wszystkiego. Wystarczy, że będziesz człowiekiem.”


DODATKOWA ANALIZA: POLSKA VS. KANADA — DWIE SZKOŁY ŻYCIA, DWIE FILOZOFIE PRZETRWANIA

Do napisania tego felietonu skłonił mnie artykuł Dawida Karpiuka w „Newsweeku”, który – niczym lustro w domu krzywych zwierciadeł – odbija nasze pokolenie w sposób boleśnie prawdziwy, a jednocześnie uwypukla każdą zmarszczkę cywilizacyjną, której wolelibyśmy nie oglądać. I tak, to jest próba analizy, ale też przyjacielskiej polemiki z Karpiukiem, bo choć diagnoza trafna, to niepełna. Brakuje mi jeszcze jednego elementu: porównania dwóch światów, w których przyszło mi żyć i pracować – Polski i Kanady.

MIGRACJA – POLSKA UCIEKA, KANADA PRZYCIĄGA

Zanim przejdziemy do szkół, trzeba dotknąć tematu, który decyduje o wszystkim: migracji. Bo migracja jest jak papier lakmusowy – pokazuje, która część społeczeństwa naprawdę wierzy w swoją przyszłość, a która tylko powtarza slogany z billboardów.

W Polsce migracja stała się wentylem bezpieczeństwa państwa, które nie potrafiło stworzyć dla młodych systemu opartego na stabilności. Wyjeżdżają nie tylko ci z mniejszych miejscowości, nie tylko sfrustrowani absolwenci. Wyjeżdżają także ci świetnie wykształceni, ambitni, zmęczeni wiecznym ciśnieniem. Polska traktuje emigrację jak naturalną część krajobrazu – jakby była to pogoda, na którą nie mamy wpływu. „Wyjeżdżają? Cóż… trudno.”

Kanada robi dokładnie odwrotnie.

Tutaj migracja jest projektem narodowym, jednym z najbardziej kontrolowanych i najbardziej pragmatycznych mechanizmów w historii współczesnych państw. Kanadyjski rząd nie pyta: „Dlaczego wyjeżdżacie?”, tylko: „Jakie talenty chcemy przyciągnąć i jak je najlepiej zagospodarować?”

Imigranci nie są tu problemem społecznym – są ekonomicznym paliwem. System punktowy działa jak precyzyjny filtr: edukacja, doświadczenie, język, zdolności adaptacyjne. Kanada przyjmuje nie dlatego, że jest dobra – ale dlatego, że jest mądra. Wie, że bez migracji jej gospodarka zatrzyma się jak komputer z Windows 95.

I co ważniejsze – daje poczucie przynależności. Nikt nie pyta: „Skąd jesteś?”, tylko: „Co potrafisz?”

W Polsce – odwrotnie. Tam migracja jest historyczną raną, dowodem niespełnienia ambicji państwa i obywateli. Tu – jest strategią.

Jeśli więc Polak ląduje na lotnisku w Toronto, nie zaczyna jako „przegryw życia”, tylko jako ktoś, kto właśnie trafił do systemu, który umie wykorzystać jego potencjał.

SZKOŁA POLSKA: AMBICJA, NERWICA, CHODZENIE NA PALCACH

Polski system edukacji wciąż nosi na plecach ciężar historii, niczym atlas dźwigający nie glob, lecz zestaw lektur, z których połowy nikt nie rozumie, a drugiej połowy nikt nie czyta. Tu sukces jest wyścigiem: jak na olimpiadzie, tylko bez medali – za to z pracą domową i korepetycjami. Dziecko ma być „najlepsze”, „zdolne”, „do przodu”. Rodzice siedzą przy biurkach swoich pociech jak kierownicy zmian w fabryce ambicji.

W Polsce uczeń nie pyta: „Czy rozumiem?”, tylko: „Czy wystarczy na ocenę?”. Nauczyciel nie pyta: „Jak się czujesz?”, tylko: „Czy masz zadanie?”. A młodzi – ci, o których pisze Karpiuk – noszą w sobie przekonanie, że jeżeli nie osiągniesz spektakularnego sukcesu do trzydziestki, to możesz już tylko wyjechać do Holandii zbierać tulipany.

To system, który produkuje talenty, ale w pakiecie dorzuca lęki, nerwice, autosabotaż i przymus porównywania się z innymi.

KANADYJSKA SZKOŁA SPOKOJU: „JESTEŚ OK, NAWET JEŚLI CI NIE WYCHODZI”

Kanadyjski model edukacji działa inaczej. Nie lepiej we wszystkim – inaczej.

Tutaj dzieci uczą się:

  • rozmawiać o emocjach,
  • pracować w grupie,
  • prezentować,
  • przyjmować porażki,
  • budować poczucie wartości niezależne od ocen.

Oceny są miękkie, opisowe, a wczesne etapy nauczania przypominają bardziej przygotowanie do życia w społeczeństwie niż selekcję do armii. Nauczyciel częściej zapyta: „What do you think?”, niż „Dlaczego nie odrobiłeś zadania?”. A kiedy dziecku coś nie wychodzi, nie usłyszy gróźb, tylko: „Let’s try again”.

Czy to system idealny? Nie. Kanada jest pełna wyzwań: wysokie koszty życia, presja migracyjna, systemowe opóźnienia, nierówności społeczne. Ale edukacja jest tu bardziej jak miękki materac – amortyzuje upadek, zamiast wbijać gwoździe w plecy.

EKONOMIA SUKCESU: POLSKI WYŚCIG VS. KANADYJSKA RÓWNIA POCHYŁA

Karpiuk pisze o pokoleniu, które nie przeskoczyło rodziców. I słusznie – w Polsce droga do dorosłości wygląda dziś jak bieg przez płotki ustawione przez kogoś, kto nie lubi ludzi. Kredyty są jak niedźwiedzie na parkingach: nigdy nie wiesz, kiedy wyskoczą. Ceny mieszkań pną się jak bluszcz po ruinach marzeń.

W Kanadzie jest inaczej – ale wcale nie łatwiej. Tu zarobki bywają wyższe, ale koszty życia potrafią zjeść całą wypłatę szybciej, niż student zje ramen przed sesją. I choć system wydaje się łagodniejszy, presja stabilności finansowej jest równie bezlitosna jak w Polsce – tylko bardziej uprzejma.

CO ŁĄCZY POLSKĘ I KANADĘ? ZŁUDZENIE, ŻE SZCZĘŚCIE JEST PROJEKTEM DO WDROŻENIA

I tu wracamy do Karpiuka i jego „pokolenia przegrywów”. Wbrew pozorom zarówno Polska, jak i Kanada cierpią na tę samą chorobę cywilizacyjną: fałszywe przekonanie, że szczęście to projekt, który trzeba dowieźć w terminie.

W Polsce samoocena zależy od sukcesów. W Kanadzie sukces zależy od samooceny.

A w obu krajach frustracja rośnie wtedy, gdy życie postanawia, że nie będzie współpracować.

I CO Z TEGO WYNIKA?

Że żaden system – ani polskie „bądź najlepszy”, ani kanadyjskie „bądź sobą” – nie rozwiązuje sedna problemu. Bo problem nie jest w edukacji, ani w ekonomii. Problem jest w narracji o człowieku jako maszynie do osiągnięć.

To dlatego potrzebujemy – bardziej niż kiedykolwiek – nowej świadomości społecznej:

  • mniej kultu sukcesu,
  • więcej zdrowego rozsądku,
  • więcej zrozumienia,
  • mniej porównań,
  • więcej edukacji opartej na relacji, nie na lęku.

Jeśli pokolenie 30- i 40-latków ma być nazwane „przegrywami”, to tylko w sensie, że przegrało z narracją, która nigdy nie powinna była wygrać.

A może właśnie teraz jest moment, żeby zacząć ją przepisywać – mądrzej, odważniej, spokojniej.

Bo świat nie potrzebuje ludzi idealnych. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią oddychać, myśleć i… czasem odpuścić.

I tu zgadzam się z Karpiukiem – choć inaczej rozkładam akcenty:

Nie jesteśmy pokoleniem przegrywów. Jesteśmy pokoleniem, które jako pierwsze zauważyło, że gra była ustawiona.

A to wcale nie jest zła pozycja startowa.

Wystarczy tylko – nareszcie – przestać biec.

Link do artykułu:

https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/pokolenie-przegrywow-30-i-40-latkowie-slyszeli-ze-moga-wszystko-to-nieprawda/0r5psed?smclient=23971a3d-48c0-4ac5-8835-6a48a405320e&utm_source=salesmanago&utm_medium=email&utm_campaign=default


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights