




Poniedziałek pachnie paliwem. Nie metaforycznie – naprawdę pachnie paliwem, tym ostrym, drażniącym zapachem, który zostaje na dłoniach, nawet gdy człowiek już dawno odjechał od dystrybutora. Stoisz na stacji, patrzysz na licznik, który kręci się szybciej niż myśli w głowie, i nagle słyszysz, że państwo postanowiło to wszystko uporządkować.
Państwo mówi: od jutra benzyna będzie kosztować tyle, ile my uznamy za słuszne.
I w tym jednym zdaniu jest coś pięknego. Coś wzruszającego. Coś tak naiwnego, że aż majestatycznego. Bo oto rząd wychodzi na środek świata i mówi globalnemu rynkowi ropy: proszę się uspokoić, my tu mamy tabelkę.
Wprowadza się ceny maksymalne. Sześć złotych szesnaście za benzynę. Siedem sześćdziesiąt za diesla. Jak w szkolnym sklepiku, gdzie ktoś kiedyś zdecydował, że drożdżówka nie może kosztować więcej niż dwa złote, bo dzieci się zdenerwują.
A świat? Świat w tym czasie robi swoje.
Ropa rośnie o sześćdziesiąt procent w miesiąc. Wojna na Bliskim Wschodzie rozlewa się jak plama oleju na asfalcie – powoli, ale nieubłaganie. Cieśnina Ormuz staje się wąskim gardłem świata, a każdy tankowiec przypomina dziś ruchomy sejf, który ktoś może w każdej chwili podpalić.
Ale my mamy ustawę.
I mamy karę miliona złotych dla stacji, która odważy się nie wierzyć w moc tej ustawy.
To jest moment, w którym ekonomia przestaje być nauką, a zaczyna być literaturą fantastyczną.
Kierowcy to czują. Podjeżdżają pod dystrybutor z miną ludzi, którzy nie tankują paliwa, tylko kupują czas. Coraz więcej z nich zaczyna patrzeć w stronę samochodów elektrycznych, jakby to była łódź ratunkowa, która jeszcze nie odpłynęła. Liczą, przeliczają, porównują. Sto kilometrów za pięćdziesiąt złotych albo za czternaście.
Nagle matematyka przestaje być abstrakcją. Nagle matematyka zaczyna boleć.
I wtedy na scenę wchodzi polityka. Cała na biało, choć raczej powinna wchodzić w roboczym kombinezonie.
Przemysław Czarnek proponuje obniżyć VAT na żywność do zera. Natychmiast. Już. Teraz. Najlepiej wczoraj. Bo Polacy mają jeść taniej, szybciej i z poczuciem, że ktoś nad nimi czuwa.
I znowu jest w tym coś pięknego. Ta wiara, że wystarczy przekręcić jeden podatkowy kurek, żeby rzeczywistość zaczęła płynąć w drugą stronę.
A gdzieś obok trwa inny spór. O małżeństwa jednopłciowe. O to, czy państwo ma uznać rzeczywistość, która już istnieje, czy dalej udawać, że jej nie widzi. PiS biegnie do Trybunału Konstytucyjnego, jakby to był ostatni bastion porządku świata, który można jeszcze obronić przed zmianą.
To jest ten sam odruch, co przy cenach paliw. Jeśli rzeczywistość nie pasuje do naszych wyobrażeń, to trzeba zmienić przepisy.
Problem polega na tym, że rzeczywistość nie czyta ustaw.
W tym samym czasie Donald Trump gra w swoją ulubioną grę – geopolitykę jako reality show. Raz pozwala rosyjskiej ropie płynąć na Kubę, bo „ludzie muszą żyć”. Innym razem rozważa przejęcie irańskiej ropy, bo „to dobry interes”. Między jednym a drugim ruchem jest tyle konsekwencji, ile między jednym a drugim uderzeniem młotka w składzie porcelany.
A w Ameryce miliony ludzi wychodzą na ulice z hasłem „No Kings”, protestując przeciwko królowi, którego sami sobie wybrali. I nawet gdy widzą w internecie wygenerowany przez AI obraz Trumpa w koronie, przez chwilę się wahają, czy to na pewno fałsz.
Bo żyjemy w czasach, w których absurd przestał być wyjątkiem. Stał się normą.
W Europie Bruksela zastanawia się, co zrobić z Viktorem Orbánem. Czy go karać. Czy go omijać. Czy udawać, że go nie ma. Czy może w końcu przyznać, że Unia, która miała być wspólnotą wartości, coraz częściej przypomina klub, w którym każdy gra swoją partię, a wspólny stół służy głównie do stukania pięścią.
A Polska stoi pośrodku tego wszystkiego i reguluje ceny paliw.
Jakbyśmy próbowali zatrzymać sztorm, przybijając gwoździem falę do deski.
I to jest właśnie ten moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że problem nie polega na tym, że świat jest skomplikowany.
Problem polega na tym, że my uparcie chcemy, żeby był prosty.
Żeby paliwo było tanie, żywność tańsza, rzeczywistość przewidywalna, a ludzie – najlepiej tacy, jak my.
A kiedy to się nie udaje, zaczynamy krzyczeć na świat, że nie przestrzega naszych przepisów.
I wtedy robi się naprawdę cicho.
I wtedy, gdzieś na dole ekranu, jak pasek w wiadomościach, pojawiają się liczby.
Spokojne. Uprzejme. Beznamiętne.
Koalicja Obywatelska – trochę ponad trzydzieści procent. Prawo i Sprawiedliwość – coś około dwudziestu czterech. Konfederacja – trzynaście, czternaście. Reszta walczy o przeżycie, jak pasażerowie w ostatnim wagonie pociągu, który już dawno przestał mieć rozkład jazdy.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda stabilnie. Lider jest liderem. Drugi jest drugi. Trzeci stoi w gotowości, żeby zostać drugim, jeśli pierwszy i drugi się potkną.
Ale pod spodem zaczyna się coś ciekawszego.
Bo ten wynik, który wygląda jak zwycięstwo, coraz częściej okazuje się zwycięstwem bez możliwości rządzenia. Układ mandatów nie daje większości, koalicjanci balansują na granicy progu, a matematyka parlamentarna zaczyna przypominać równanie, które ma rozwiązanie tylko w teorii.
A po drugiej stronie – PiS rośnie. Powoli, metodycznie, jak ktoś, kto wie, że nie musi wygrać dzisiaj, wystarczy, że nie przegra jutra.
I nagle ten cały polityczny teatr zaczyna przypominać wyścig, w którym wszyscy biegną, ale nikt nie wie, gdzie jest meta.
Bo może największym zagrożeniem dla Polski nie jest ani cena paliwa, ani wojna, ani nawet politycy – tylko to, że uwierzyliśmy, że wystarczy zmienić paragraf, żeby nie musieć zmieniać siebie.

Dodaj komentarz