


Jest poniedziałkowe popołudnie. To szczególny moment w roku – taki, w którym naród polski wraca do pracy jak człowiek wraca z wakacji: powoli, z godnością, ale bez przekonania, z lekkim kacem i ciężką świadomością, że grill nie jest systemem politycznym, choć przez trzy dni wydawał się całkiem sensowną formą organizacji życia.
W powietrzu unosi się zapach niedopalonej kiełbasy, w lodówkach zalegają resztki sałatki jarzynowej, a w głowach pustka – piękna, szeroka, majówkowa pustka, która przypomina wielkie narodowe „zaraz się tym zajmiemy”.
I wtedy człowiek siada, otwiera komputer i patrzy na politykę. I nagle rozumie, że nie tylko on wrócił do niczego. Bo oto kraj, zamiast ruszyć do przodu, stoi w miejscu jak samochód na ręcznym, a kierowcy kłócą się o to, kto siedzi bliżej kierownicy, choć nikt nie pamięta, gdzie są kluczyki.
W Prawie i Sprawiedliwości pojawia się nowe stowarzyszenie. „Po pierwsze Polska”. Podobno zgłosiło się do niego około dziewięćdziesięciu parlamentarzystów, co w praktyce oznacza, że połowa partii postanowiła stworzyć organizację, której głównym celem jest wspieranie kandydata, który sam nie musi jej prowadzić, bo ważniejsze jest to, żeby wszyscy wiedzieli, że wspierają.
Ma to być „drugie płuco” partii. I to jest piękna metafora, tylko że w tej anatomii politycznej oba płuca oddychają tym samym powietrzem, a serce bije gdzie indziej. To nie jest projekt programowy. To jest projekt równowagi wewnętrznej, coś jak dokładanie drugiego ciężarka na wadze, żeby pierwszy nie czuł się samotny.
I teraz wyobraźmy sobie tę scenę – już nie jako szkic, ale jako pełną groteskę. Długi stół, ciężkie zasłony, powaga jak w muzeum, tylko eksponaty żywe. Siedzi Mateusz Morawiecki, który kiedyś zarządzał państwem i przynajmniej udaje, że rozumie liczby. Siedzi Przemysław Czarnek, który zarządza emocją i wierzy, że im głośniej powiesz, tym bardziej to stanie się rzeczywistością. W pewnym momencie ktoś wstaje i mówi: „Potrzebujemy programu”. Zapada cisza. Ktoś kaszle. Ktoś poprawia krawat. Ktoś patrzy w sufit. I wtedy ktoś inny mówi: „Najważniejsza jest lojalność”.
I wszyscy nagle odetchnęli. Bo to jest jedyny program, który nie wymaga myślenia. To jest konkurs lojalności, w którym wygrywa ten, kto szybciej zgadnie, co prezes pomyślał pięć minut temu, albo co pomyśli za pięć minut.
Krótkie, bezczelne motto, które powinno wisieć nad wejściem: tu się nie myśli – tu się zgadza. A gdyby ktoś jednak spróbował pomyśleć, to szybko odkryje, że w tej sali myśl jest traktowana jak przeciek – trzeba ją natychmiast uszczelnić.
I kiedy oni tak zakładają stowarzyszenia, tworzą „drugie płuca”, organizują struktury, naród patrzy i zaczyna rozumieć, że to nie są płuca. To są miechy. Do podsycania tego samego ognia, który już dawno przestał dawać ciepło, a unosi się tylko dym.
Tymczasem w Pałacu Prezydenckim czas płynie inaczej. Tam czas nie biegnie – tam się zastanawia, rozciąga, przeciąga i rozgaszcza jak gość, który przyszedł na chwilę, a zostaje na noc.
Decyzje dojrzewają jak kiszone ogórki w piwnicy. Kadencje mijają, a odpowiedzi wciąż są w drodze. W Sądzie Najwyższym brakuje prezesów izb, kadencje wygasają, państwo zaczyna skrzypieć jak stary parkiet, a decyzja nadal się „analizuje”.
Poprzedni prezydenci potrzebowali dni, czasem tygodni. Ten potrzebuje miesięcy, jakby każda decyzja była egzaminem z życia, do którego można się przygotowywać bez końca.
A potem nagle – jakby ktoś wcisnął przycisk – pojawia się energia. Nowa konstytucja. Oczywiście. Bo jeśli nie potrafisz podjąć decyzji w sprawie prezesa izby, to naturalnym krokiem jest zmiana ustroju państwa.
Tu groteska osiąga poziom niemal teatralny. Wyobraźmy sobie prezydenta stojącego przed lustrem, w pustej sali, w półmroku. Patrzy na siebie i mówi: „Potrzebujemy konstytucji nowej generacji”. Lustro milczy. On powtarza. Głośniej. Jeszcze raz. Jeszcze bardziej przekonująco. I nagle zaczyna wierzyć, że jeśli powie to wystarczająco donośnie, to rzeczywistość się podporządkuje.
Problem polega na tym, że konstytucja nie powstaje z tonu głosu. Powstaje z większości. A większość w Polsce to nie jest metafora. To jest 307 głosów. I tych głosów nie ma. Nie będzie. Więc zamiast zmiany ustroju mamy coś znacznie bardziej znajomego: polityczny teatr. Spektakl, w którym jedni grają reformatorów, drudzy strategów, trzeci ekspertów, a publiczność powoli zaczyna wychodzić w trakcie przedstawienia.
A gdzieś obok, w świecie mniej efektownym, ale bardziej realnym, toczy się polityka właściwa. Spotkania, negocjacje, traktaty, bezpieczeństwo, wojna za granicą, realne decyzje, które nie brzmią dobrze na wiecach, ale działają. Premier mówi spokojnie, niemal znużony oczywistością, że może zamiast pisać nową konstytucję, warto najpierw zacząć przestrzegać tej, którą się już ma. I to jest zdanie tak proste, że aż bezbronne – jak instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, bo wszyscy wolą udawać, że wiedzą lepiej.
I w tym wszystkim jest coś głęboko polskiego. Z jednej strony wielkie słowa, wielkie projekty, wielkie ambicje – konstytucje, stowarzyszenia, nowe otwarcia. Z drugiej strony rzeczywistość, która stoi z boku i patrzy na to z lekkim uśmiechem, jakby już widziała ten spektakl wiele razy i znała zakończenie.
Poniedziałek po majówce ma swoją brutalną prawdę. Nie polega ona na tym, że nic się nie dzieje. Polega na tym, że dzieje się bardzo dużo – tylko nic z tego nie wynika.
I może dlatego człowiek siedzi przy tym biurku, patrzy w ekran i zaczyna podejrzewać, że największym problemem tego kraju nie jest brak pomysłów, tylko nadmiar ludzi, którzy bardzo chcą coś zmienić, ale jeszcze bardziej nie chcą zmienić siebie.
A wtedy każda konstytucja, każde stowarzyszenie i każda wielka idea kończy tak samo. Na papierze. Albo w przemówieniu. Najczęściej w obu.
A potem przychodzi wtorek. I wszystko zaczyna się od nowa – tylko już bez złudzeń.

Dodaj komentarz