PONIEDZIAŁEK, CZYLI DZIEŃ, W KTÓRYM PRZYDACZ ODKRYŁ CHAOS

Warszawa

Poniedziałek jest dniem szczególnym. To taki moment tygodnia, kiedy świat jeszcze pachnie przepełnionym autobusem, zimną kawą i rozpaczą ludzi wracających do pracy. Miasta budzą się powoli. Tramwaje jęczą na zakrętach jak stare szafy przesuwane po parkiecie. Psy patrzą na właścicieli z wyrzutem. Gołębie siedzą na parapetach z miną urzędników skarbówki. A politycy prawicy otwierają oczy i natychmiast zaczynają bredzić.

To jest wręcz biologiczny rytuał. Inni ludzie rano sprawdzają pogodę albo poziom cukru. Politycy dawnego obozu PiS sprawdzają, czy przypadkiem Donald Tusk nie steruje Pentagonem z laptopa w Sopocie.

I właśnie w taki poniedziałkowy poranek pojawił się Marcin Przydacz. Człowiek o aparycji szkolnego prymusa, który całe życie donosił nauczycielce, że klasa za głośno oddycha. Człowiek Karola Nawrockiego. Emisariusz politycznego uniwersum, w którym każda porażka Ameryki jest winą Tuska, a każda decyzja Pentagonu wynika z tego, że premier powiedział coś nie dość nabożnym tonem.

Przydacz wystąpił niczym strażak biegnący do pożaru, który sam wcześniej rozpalił zapałkami propagandy. Oświadczył dramatycznie, że „trzeba opanować chaos”. To zdanie jest tak piękne, że powinno zostać wyryte na marmurowej tablicy i zawieszone nad wejściem do całego obozu PiS.

Bo przecież ci ludzie od dekady żyją z chaosu jak karpie w wodzie.

To oni zamienili państwo w jarmark nerwowych konferencji prasowych, komisji śledczych i patriotycznej paniki. To oni przez lata straszyli Niemcami, uchodźcami, Brukselą, gejami, rowerzystami i prawdopodobnie również podejrzanie liberalnymi jeżami w parkach narodowych. A dziś Przydacz staje przed kamerami i z miną człowieka odkrywającego pożar we własnej kuchni mówi: „trzeba opanować chaos”.

To trochę tak, jakby pirat po zatopieniu statku apelował o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa na morzu.

Rozczula mnie to ich przekonanie, że prezydent Nawrocki jest jakimś wielkim graczem światowej polityki. Tymczasem człowiek dowiedział się o decyzjach Pentagonu mniej więcej wtedy, kiedy dowiedzieli się dziennikarze i przypadkowy pan Marian jedzący parówki przed telewizorem.

Ale Przydacz mówi o tym z taką powagą, jakby Biały Dom prowadził z Nawrockim codzienne tajne konsultacje przy cygarach i mapach świata.

Karol Nawrocki to zresztą osobna opowieść. Człowiek zbudowany z pomnikowego nadęcia i patriotycznego żelu do włosów. Wygląda czasem jak ochroniarz muzeum historii alternatywnej. Taki prezydent z folderu reklamowego dla ludzi, którzy myślą, że polityka zagraniczna polega głównie na robieniu groźnych min i ściskaniu dłoni republikańskim wujkom z Florydy.

I oto ten sam Nawrocki, którego obóz polityczny przez lata opowiadał o wyjątkowych relacjach z Trumpem, został zaskoczony decyzją Waszyngtonu równie skutecznie jak turysta trafiony mewą na sopockim molo.

To jest właśnie cała prawica spod znaku PiS. Wieczne udawanie mocarstwowości. Wieczne opowieści o specjalnych relacjach. Wieczne zdjęcia przy amerykańskich flagach. A potem przychodzi rzeczywistość i okazuje się, że Pentagon prowadzi politykę globalną, a nie terapię grupową dla urażonych ambicji polskich narodowców.

Przydacz oczywiście natychmiast znalazł winnego. Donald Tusk. Bo któż inny. Tusk jest w tej narracji czymś pomiędzy Bondem, doktorem No i hydraulikiem wszechświata. Jeśli w Pentagonie ktoś kichnie, to zapewne dlatego, że premier powiedział coś niepokojącego dla amerykańskich zatok.

Cały ten spektakl ma jednak jeszcze jeden wymiar. Tragikomiczny.

Oto ludzie, którzy przez lata budowali politykę zagraniczną na lizaniu butów Trumpowi, dziś próbują udawać ekspertów od stabilności sojuszy.

Trumpowi. Człowiekowi, który traktuje NATO jak klub golfowy zbyt drogi w utrzymaniu. Człowiekowi, który Putina podziwia z intensywnością emeryta oglądającego katalog jachtów. Człowiekowi, którego ego jest tak wielkie, że powinno mieć własny kod pocztowy. A PiS naprawdę uwierzył, że ten pomarańczowy cesarz chaosu będzie wiecznym gwarantem polskiego bezpieczeństwa.

Dziś więc Przydacz chodzi po mediach niczym lokaj po pożarze pałacu i tłumaczy wszystkim, że problemem jest niewłaściwy ton rozmowy z Amerykanami. Nie polityka Trumpa. Nie zmiana strategii USA. Nie globalne przesunięcia wojsk.

Nie. Winny jest Tusk, bo nie śpiewa hymnu amerykańskiego z odpowiednim drżeniem serca.

Przydacz mówi też o „chaosie komunikacyjnym”. To wyjątkowo zabawne, gdy pada z ust człowieka reprezentującego środowisko, które przez lata komunikowało państwo metodą megafonu wrzuconego do betoniarki. Przecież cały PiS był jednym wielkim chaosem komunikacyjnym. Ministrowie przeczący sobie nawzajem. Konferencje pełne propagandowego dymu. Prezydent Duda podpisujący wszystko z miną ucznia oddającego pustą kartkę. Kaczyński wygłaszający tyrady o niemieckich agentach. Czarnek produkujący wypowiedzi tak absurdalne, że nawet fizyka czasem odmawiała ich przyjęcia.

A teraz nagle oni chcą porządku. Stabilności. Profesjonalizmu. To naprawdę wzruszające. Trochę jakby grupa podpalaczy założyła ochotniczą straż pożarną.

W tym wszystkim najbardziej śmieszy jednak święte przekonanie obozu Nawrockiego, że oni są jakąś alternatywą dla chaosu. Tymczasem ich polityka przypomina stary autokar jadący bez mapy, za to z wielką biało‑czerwoną naklejką na szybie i kierowcą przekonanym, że GPS to niemiecki spisek.

A świat robi się coraz bardziej niebezpieczny. Putin dalej morduje ludzi i zamienia Rosję w wielki obóz strachu. Trump dalej tańczy po amerykańskiej polityce jak rozwścieczony sprzedawca suplementów diety. Europa próbuje budować własne bezpieczeństwo. Polska potrzebuje spokoju, rozsądku i chłodnych głów.

I właśnie wtedy z krzaków wychodzą Przydacz i Nawrocki. Dwaj polityczni ratownicy z pontonu propagandy. Jeden mówi o chaosie. Drugi udaje męża stanu. Obaj wyglądają jak ludzie, którzy próbują gasić pożar benzyną i jeszcze mają pretensje do strażaków, że używają za mało patriotycznej wody.

Wieczorem znów będzie cicho. Miasto przygaśnie. Ktoś wróci zmęczony z pracy. Ktoś nastawi herbatę. Ktoś usiądzie przy oknie i popatrzy na majowe niebo.

A gdzieś w telewizji kolejny polityk obozu PiS zacznie tłumaczyć, że Pentagon podejmuje decyzje na podstawie tonu wypowiedzi Donalda Tuska. I człowiek wtedy rozumie, że poniedziałek naprawdę jest najcięższym dniem tygodnia. Nie przez pracę. Nie przez korki. Tylko dlatego, że kretyni budzą się wyjątkowo wcześnie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights