
Rocznica Powstania Warszawskiego przypomina nam co roku, że wolność nie jest dana raz na zawsze, a bohaterstwo bywa drogie jak kawa w Zakopanem. Poważny moment zadumy nad losem miasta, które spłonęło, tymczasem politycy i tak robią swoje. Mamy wrażenie, że zamiast hołdu robią kolejne selfie w białych koszulach, jak na planie reklamy banku.
Wakacje w Polsce to tradycyjnie czas sezonowych absurdów. Inne kraje analizują zmiany klimatu, a my badamy, czy w Gubinie migranci napadają na Żabkę, czy to tylko kolejna legenda miejska. Tymczasem „patrole obywatelskie” Bąkiewicza polują na migrantów widmo, a gorzowska prokuratura tak się waha, że chyba czeka na znak z nieba, że warto postawić mu zarzuty. Bo choć kamery pokazują krzyki, szarpaninę i mundurowych usiłujących zachować twarz, to prokuratorzy z Gorzowa jakby oglądali zupełnie inny film. Może Disney.
Na tym tle minister Żurek jawi się jak człowiek z innego porządku – w garniturze, ale nie z tektury. Nie rzuca haseł, nie ściga się na demagogię, tylko mówi prosto: „Państwo prawa nie może być fikcją”. I choć nie może osobiście posadzić Bąkiewicza ani zdyscyplinować prokuratorów, to przynajmniej daje jasno do zrozumienia, że wie, o co chodzi. I że go to wszystko – mówiąc delikatnie – wkurza.
Premier Tusk stara się trzymać pion, mimo że polityczna scena przypomina kabaret w czasie burzy. Ma niskie notowania? Owszem, ale w przeciwieństwie do wielu jego oponentów wie, co znaczy „konstytucja”. W dodatku potrafi zachować spokój, nawet gdy przyszły prezydent – Karol Nawrocki – próbuje mu grozić. Ten sam Nawrocki, który z głębokim przekonaniem zapewnia, że jest wrogiem wszelkiego zła i jednocześnie człowiekiem dialogu, o ile rozmowa odbywa się w rytmie stadionowej przyśpiewki.
Karol Nawrocki – były kibic, muzealnik, ideolog i, jak sam się określa, „człowiek wartości”. Jego dotychczasowe osiągnięcia to m.in. używanie snusu podczas debaty, bycie ochroniarzem w Grand Hotelu i opowieści o ustawkach, o których ponoć nie wiedział, że są ustawkami. Obecnie zapowiada, że prezydentura to dla niego nowa barykada – z jednej strony będzie bronił suwerenności, z drugiej kontynuował wojnę kulturową z własnym rządem. Wszystko to z uśmiechem i zapewnieniem, że „jest otwarty na dialog”. Tyle że ten dialog przypomina raczej komunikat z megafonu na Marszu Niepodległości.
W tle majaczy Jarosław Kaczyński, jak duch odchodzącej epoki, rzucając zapowiedzi i przepowiednie niczym węglarz przyszłości: „To jeszcze nie koniec, będzie wojna o wszystko”. A Ziobro? Podobno nadal się leczy, ale w kuluarach słychać, że boi się nie tylko o zdrowie, ale i o to, co zrobią z nim dokumenty, świadkowie i kalendarz śledczy. Kiedyś groźny jak prokurator, dziś bardziej jak wspomnienie po serialu, który zdjęto z anteny.
I właśnie w tym wszystkim jest Polska: gdzie rocznica Powstania miesza się z brawurą prezydentów, grymasami ministra i nowymi diagnozami – że beknięcie jest zdrowe. Służba zdrowia najwyraźniej testuje nową metodę diagnozy: rezonans zamieniony na akustykę przewodu pokarmowego. Brzmi to śmiesznie? To znaczy, że działa.
Tymczasem Musk planuje wysyłkę ludzi na Marsa. Pewnie że uciekamy – przed podatkami, inflacją i kolejnymi debatami sejmowymi. Mars kusi, bo to jedyne miejsce w Układzie Słonecznym wolne od patoli obywatelskich i politycznych rekonstrukcji.
W Polsce natomiast trwa sezon ogórkowy: pociągi spóźniają się z godnością, konduktorzy walczą z kibolami i pasażerami bez biletu, episkopat milczy, ale obserwuje – kto na Marsie, kto w Międzyzdrojach, a kto tylko w Gubinie. Jakby mogli, ustawiliby konfesjonały na stacjach PKP i dodali kontrolę grzechów do biletomatu.
To jest nasze lato: bez Złotego Pociągu, bez Iwony Wieczorek, ale z politycznymi wygłupami Dudy, groźbami Nawrockiego, mrukliwymi zapowiedziami Kaczyńskiego, wymownym milczeniem Ziobry i powagą Tuska, który – jakby nie patrzeć – w tym kabarecie jest jedynym aktorem, który jeszcze pamięta, jak brzmi słowo „odpowiedzialność”.
Więc zamiast zastanawiać się, co jest wakacyjnym evergreenem, może wystarczy śmiać się z tego, co mamy. Beknijmy głośno, spójrzmy na Marsa, a potem na siebie w lustrze. Demokracja i tak jakoś to przetrwa – o ile damy jej chwilę oddechu.

Dodaj komentarz