








Kiedy prezydent Duda w końcówce kadencji ułaskawia Roberta Bąkiewicza, a Karol Nawrocki jeszcze przed objęciem urzędu zdążył nie zatrudnić Przemysława Czarnka, wiadomo, że coś się w państwie dzieje. Tyle że to „coś” przypomina bardziej końcówkę sezonu kiepskiego serialu niż odcinek House of Cards. Z tą różnicą, że w „Polska: Sezon 2025” mamy mniej intryg, a więcej kabaretu opartego na przemocy, hipokryzji i zupełnym braku konstytucyjnego GPS-u.
Trybunał Konstytucyjny, ten dumny strażnik ustroju, dziś pełni funkcję salonu filozoficznego dla ludzi z immunitetem i czasem wolnym. Skład się kurczy jak zasięg TVP Info po reformie mediów publicznych, orzeczenia nie są publikowane, a prawo — zamiast porządku — przypomina memy z chaosu. W tej chwili żyjemy w dualizmie konstytucyjnym, co w praktyce oznacza, że mamy konstytucję, ale używamy jej głównie do dekoracji lub jako podpórki pod krzywo stojące stoły legislacyjne. Organy państwa funkcjonują na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”, a sądy są zredukowane do „ust ustaw”.
Oznacza to powrót do XIX wieku, ale bez Mickiewicza, bez honoru, i — co chyba najbardziej boli — bez dębowych mebli. Zostały tylko partyjne briefingi, niekonstytucyjne procedury i TikTok Mentzena.
W tym teatrze absurdu Robert Bąkiewicz gra rolę patrioty do wynajęcia. Facet, który nie umiał wygrać nawet w Radomiu, został ułaskawiony, bo był zbyt przydatny, żeby być winny. Ten pionier ukraińskiej siły roboczej w narodowych barwach, przedsiębiorca-bankrut z siedmiomilionowym długiem, bohater fikcyjnego rozwodu i realnych grantów z Funduszu Patriotycznego, dziś broni granicy jakby była jego własnością. Wreszcie ktoś wyniósł „młody, gniewny i z bejsbolem” na szczebel politycznej użyteczności. Bo przecież Duda nie mógł pozwolić, żeby Bąkiewicza ułaskawił już Nawrocki – to byłby obciach nawet dla prezydenta z niewydrukowanymi orzeczeniami.
Ale nie martwcie się, Ziobro czuwa! On teraz znów potępia Dudę za… dokładne wykonanie jego własnego wniosku o ułaskawienie. Polska to jednak kraj, gdzie nawet schizofrenia instytucjonalna musi mieć metrykę, podpis i akt notarialny.
Tymczasem Trybunał Konstytucyjny umiera w odcinkach, a politycy przestają udawać, że to ich obchodzi. Chaos prawny robi się tak barwny, że niektóre sądy stosują orzeczenia Trybunału, które… nie zostały opublikowane. Bo czemu nie? Skoro można mieć prezydenta, który uznaje tylko pół wyroku i koalicję, która funkcjonuje jak rodzina z „Trudnych spraw” – czyli formalnie razem, ale praktycznie każdy z każdym ma sprawę w sądzie.
W tej atmosferze Grzegorz Braun wygląda jak prorok końca czasów w wersji narodowo-nuklearnej. Nie potrzebuje Trybunału, bo jego zdaniem prawo pochodzi z innej epoki — najlepiej średniowiecza. A najlepiej, żeby nie było żadnego prawa poza boskim, czyli jego własnym.
Za to Sławomir Mentzen z wdziękiem księgowego na redukcji etatu tłumaczy młodym, że wszystko, co państwowe, to złodziejstwo, a biedni to ludzie, którzy nie przeszli podstawowego kursu z kapitalizmu. W tej opowieści państwo to coś w rodzaju źle zaprogramowanej apki do płacenia podatków, której trzeba natychmiast odinstalować. Mentzen trafia do młodych, bo mówi językiem, którego nie rozumie ZUS, a którego nienawidzi Babcia Kasia.
Na drugim biegunie mamy Adriana Zandberga, który jako jedyny w tym kraju jeszcze wierzy, że polityka to nie tylko memy i przelewy. Problem w tym, że mówi o wartościach w czasach, gdy wyborcy chcą raczej zniżki na prąd i płatność BLIK-iem za obietnice.
I gdzieś między tymi popłuczynami po Konstytucji 3 maja stoi Donald Tusk – człowiek, który wrócił z Brukseli, żeby gasić pożar benzyną i spokojem. Tusk nadal ma klasę, gest i ironiczną grzywkę, ale jego koalicja wygląda jak układ planetarny z trzema słońcami, pięcioma czarnymi dziurami i grawitacją pisanej na kolanie ordynacji wyborczej.
W tym rozpadzie rzeczywistości wyłania się Radosław Sikorski, czyli polityczny comeback sezonu. Człowiek, który jeszcze niedawno był traktowany jak eksponat z czasów świetności PO, dziś nie tylko prowadzi w sondażach, ale mówi, co myśli – i to językiem, który zrozumie zarówno lewicowiec, jak i emeryt z Radomia. Braun to dla niego „łachudra”, Bąkiewicz to „faszol”, a biskupi mają „zrzucić sukienki i zapisać się do PiS”. W czasach, gdy wszyscy mówią o godności, Sikorski mówi z godnością.
Wygląda na to, że to jego moment. Tusk, choć nadal szanowany, nie daje już odpowiedzi. Trzaskowski – zawieszony gdzieś między TED Talkiem a lokalnym referatem o urokach samorządności – przepadł. A Sikorski? Ten facet ewidentnie wie, że to ostatnia prosta. I zamiast spać w cieniu Tuska, rusza do ataku.
W tle tego wszystkiego koalicja rządząca ledwo zipie, z PSL i Polską 2050 prowadzącymi flirt z opozycją jak zdradzeni małżonkowie na weselu. Każdy mówi, że „jeszcze jesteśmy razem”, ale wszyscy już szukają wyjścia z sali.
I tylko Konfederacja rośnie w siłę, bo młodzi widzą w niej nie tyle przyszłość, co rozrywkę. W końcu gdzie indziej dostaniesz liberalizm, monarchię, ortodoksję i darwinizm w jednym pakiecie? A jeśli się nie spodoba, zawsze można wrócić do TikToka.
Tak wygląda Polska w 2025 roku: konstytucja nie działa, sądy się nie liczą, politycy nie wiedzą, po co są, a Bąkiewicz – człowiek, który miał symbolizować konserwatywną siłę narodu – unika płacenia długów dzięki udawanym rozwodom i braku wiedzy w Excelu.
A my? My się temu przyglądamy, trochę jak widzowie na Titanicu, którym właśnie pokazano, że orkiestra zagra jeszcze trzy razy — pod warunkiem, że ktoś ułaskawi wiolonczelistę.
Koniec systemu? Nie. Polska po prostu przeszła w tryb „early access”.

Dodaj komentarz