
Szymon Hołownia, niekwestionowany mistrz upupiania własnej powagi, zdominował sobotnie nagłówki swoim „a może mnie ktoś chciał wciągnąć w zamach stanu?”. No trudno, miało być państwo poważne, a wyszedł podcast „Polska według Szymona”, odcinek specjalny: „Jak nie siedzieć cicho, kiedy trzeba”. Ale to nie jedyna sobotnia sensacja. Polska polityka tego weekendu to był prawdziwy maraton absurdów, i to takich, że Monty Python spakowałby kamerę i pojechał do Warszawy kręcić nowy sezon.
1. DONALD TUSK – JEDYNA OSOBA W TYM KRAJU, KTÓRA CZYTA ZE ZROZUMIENIEM

Tusk, jak na człowieka ulepionego z cierpliwości i cierpkiego dowcipu przystało, skomentował słowa Hołowni bez krzyku, za to z chirurgiczną precyzją: „Nierozważne działania mogą prowadzić do tragedii”. Czyli: „Szymonie, nie rób nam wstydu na oczach świata, nie jesteś w serialu, nikt nie planował cię porwać helikopterem do Rzeszowa.” Tusk wie, że jak ktoś rzuca słowo „zamach stanu” w demokracji, to nie jest to temat na wywiad radiowy, tylko na ścisły obieg i kubek melisy.
Czy Donald Tusk jest zbyt rozsądny na ten kraj? Oczywiście. Czy jest przez to nudny? Być może. Ale w czasach, gdy Szymon bredzi o puczu, a Sejm przypomina biuro kadr cyrku objazdowego, nudny Tusk to ostatnia deska ratunku. Może nie porywa tłumów, ale przynajmniej nie opowiada, że ktoś próbował go namówić do wojskowego przewrotu przy deserze.
2. MICHAŁ „MIŚ POLITYCZNEGO ROZUMKU” KAMIŃSKI – TAJNY PLANISTARZ WSZYSTKICH RZECZY

W międzyczasie Michał Kamiński – polityczny odpowiednik szwajcarskiego scyzoryka (dużo funkcji, mało ostrza) – znów triumfuje. W tekstach pojawia się jako człowiek od zakulisowych sukcesów, strateg ukryty w cieniu, który wygląda jakby właśnie wyszedł z klubu literackiego, a tak naprawdę właśnie rozwiązał jakąś frakcję senacką jednym skinieniem brwi.
Kamiński nie musi nic mówić. On jest. I to wystarczy. W świecie, gdzie Hołownia zdradza kulisy puczu jakby mówił o grillu u Bielana, Kamiński po prostu robi robotę. Powoli, skutecznie, trochę jakby przypadkiem. Niechętnie to przyznam, ale: szacun, Misiek. Tylko niech nikt mu nie daje mikrofonu. On działa najlepiej wtedy, gdy się go nie słucha.
3. PIENIĄDZE Z INSTYTUTU PILECKIEGO POSZŁY NA… LIKWIDACJĘ TVP
Tu już nawet nie wiem, czy śmiać się, czy iść do lasu i nie wrócić. Otóż okazało się, że kasa z Instytutu Pileckiego – placówki, która miała zajmować się badaniem heroizmu, historii, wartości, i wszystkich tych szlachetnych rzeczy, które politycy kochają dopóki nie trzeba ich finansować – trafiła na… likwidację TVP.
Nie, to nie jest scena z satyry. To jest rzeczywistość: zabieramy pieniądze z instytucji edukacyjno-historycznej i wysyłamy je do czarnej dziury po byłej propagandzie. To trochę tak, jakby zabrać budżet z biblioteki i wydać go na likwidację fast-foodu. Albo przekazać fundusze z hospicjum na zakup basenu dla byłego dyrektora TVP. (Nie daję im pomysłów, oni to już pewnie zrobili.)
Czy TVP zasługuje na likwidację? Oczywiście. Czy powinna być finansowana z pieniędzy Pileckiego? Nie. To tak, jakby uporządkować szambo mopem z Watykanu.
4. SONDAŻ DLA AMATORÓW KONSPIRACJI: „CZY RZĄD DZIAŁAŁBY LEPIEJ BEZ TUSKA?”
Kolejna złota myśl w polskiej debacie: zapytajmy ludzi, czy rząd działałby lepiej, gdyby nie premier. Tak jakby pytać: „Czy mecz byłby lepszy, gdyby nie było bramkarza?” No tak, byłoby więcej goli – ale tylko dla przeciwnika. Tusk może i jest czasem szorstki, może i nie każdemu się podoba jego styl, ale robi dokładnie to, co trzeba: trzyma to państwo za kołnierz, żeby nie wpadło z hukiem w rów. Bez niego? No cóż, zostaje nam Hołownia opowiadający o puczach i Kamiński składający rząd z puzzli.
ZAKOŃCZENIE, KTÓRE POWINNO BYĆ NAGRODZONE CISZĄ
Ten tydzień przyniósł nam wszystko: teatralne deklaracje, polityczne farsy, budżetowe szachrajstwa i groźby gazowe z Kataru (tak, też były, ale to już wymaga osobnego felietonu pod tytułem: „Jak zniszczyć Europę, zaczynając od Gdyni”). Tymczasem u nas klasyka: politycy gadają bzdury, opinia publiczna przewraca oczami, a Donald Tusk spokojnie pije kawę i czeka, aż wszyscy się zmęczą.
Jest lato, a polityka wrze. I znów trzeba zadać to samo pytanie: czy to wszystko jeszcze ma jakiś sens? Odpowiedź: tak. Ale wyłącznie w kategorii czarnej komedii.
DOPISANE ZAKOŃCZENIE: KATAR WŚCIEKŁY, EUROPA PRZYPIECZONA, A POLSKA WŚCIEKA SIĘ NA SIEBIE

I kiedy wydawało się, że już nic bardziej nie przypomina geopolitycznej komedii absurdu niż Hołownia grający Jamesa Bonda w programie publicystycznym, na horyzoncie pojawia się Katar. Nie piłkarz. Nie egzotyczne wakacje. Tylko państwo-zapalnik, które najwyraźniej uznało, że ma dość europejskich pomysłów na Zielony Ład i postanowiło… zagrozić odcięciem dostaw gazu LNG do Unii Europejskiej.
Tak, dobrze czytasz, mój cnotliwy Europejczyku. Katar, ten słoneczny sprzedawca skroplonej nadziei energetycznej, właśnie tupnął nogą i powiedział: „Nie podoba nam się wasze eko-zapalenie, to sobie posiedzicie zimą przy świeczce”. Europa – jak ta osoba, która właśnie zamówiła samochód elektryczny i kazała zlikwidować piec gazowy babci – nagle poczuła, że chyba za wcześnie rozstała się z rzeczywistością.
Zamiast spalać węgiel i gaz z klasą, Europa postanowiła spalać mosty dyplomatyczne z państwami, które jeszcze mają czym grzać. Bo Zielony Ład to cudowna idea – dopóki ktoś nie wyłączy piecyka. I teraz właśnie to się dzieje: moralna wyższość Zachodu zderza się z rachunkami za ogrzewanie. A to zderzenie jak zwykle będzie rozłożone na raty i rozłożone na plecy zwykłych ludzi.
I w tym kontekście, moi drodzy, pytanie czy Polska jest gotowa na szantaż energetyczny? brzmi mniej jak publicystyczna hiperbola, a bardziej jak pytanie: czy Hołownia ma agregat prądotwórczy w mieszkaniu? (spoiler: pewnie tak, ale działa tylko, gdy recytuje „Kwiaty polskie”).
Ostatecznie Europa płaci za swoje ambicje, Katar chce być poważnym graczem, a my? My dalej zastanawiamy się, kto chciał zrobić zamach stanu na Szymonie Hołowni, a kto go tylko źle zrozumiał. Bo jak zwykle – kiedy świat się pali – Polska się przysłuchuje swojemu własnemu echo.

Dodaj komentarz