POLSKA W KORYTARZU HISTORII

Warszawa

Miałem naiwną wiarę, że po 2023 roku zrobimy coś więcej niż zmianę dekoracji. Skoro raz byliśmy „pierwsi do wyjścia” z komunizmu, to może tym razem wyjdziemy też z populizmu, zanim inni znajdą drzwi.

Tymczasem stoimy w korytarzu historii jak grupa po imprezie: ktoś szuka kluczy, ktoś się kłóci, ktoś przysnął — i nikt nie wychodzi. Światło się świeci, muzyka dawno ucichła, a my nadal udajemy, że to tylko przerwa na papierosa.

Z zewnątrz wygląda to jeszcze gorzej, choć efektowniej. Węgry, przez lata polityczny mem o autorytaryzmie, zaczynają przypominać kraj, który wie, co trzeba rozmontować i ma odwagę to zrobić. Polska robi to, co potrafi najlepiej: analizuje sytuację tak długo, aż sytuacja sama się zmienia — zwykle na naszą niekorzyść.

Kochamy półśrodki. Trochę reformy, trochę kompromisu, dużo „nie teraz”. Zamiast przeciąć węzeł gordyjski — organizujemy panel dyskusyjny o strukturze sznurka.

Paradoks? Być może populistę może pokonać tylko populista. Leczenie kaca kolejnym kieliszkiem — teoretycznie działa, praktycznie kończy się historią, której nikt nie chce potem słuchać.

TRUMPIZM: OD OBJAWIENIA DO OBCIACHU

Jeszcze niedawno Donald Trump był dla części europejskiej prawicy czymś między prorokiem a influencerem od geopolityki. „Mówi jak jest” — czyli mówi cokolwiek, byle głośno i bez sprawdzania faktów.

Dziś przypomina gościa z wesela, który pokłócił się z księdzem, obraził rodzinę i uważa, że to rosół był problemem.

Wojna z Iranem, chaos w relacjach międzynarodowych, konflikty nawet z papieżem — trumpizm przestaje być hitem eksportowym. Staje się produktem, który zalega w magazynie i którego nikt nie chce już reklamować.

Narracja zmienia się błyskawicznie: wczoraj „zbawca”, dziś „postać kontrowersyjna”, jutro „nigdy go nie popieraliśmy”. Pamięć polityczna ma długość storiesa — znika po 24 godzinach, chyba że akurat trzeba ją wykorzystać przeciw przeciwnikowi.

POLSKA: SPOŁECZEŃSTWO NORMALNE, DEBATA NIENORMALNA

Największy żart polega na tym, że polityczny cyrk toczy się obok społeczeństwa, nie w nim.

Większość Polaków chce działającego państwa i świętego spokoju. To naprawdę nie jest wygórowane żądanie, choć patrząc na debatę publiczną, można odnieść wrażenie, że chodzi o zmianę ustroju galaktyki.

Dane są uparte: jesteśmy bliżej centrum niż krzyku. Oś progresywizm–konserwatyzm rozkłada się mniej więcej po równo, ale większość stoi obok niej — bliżej pragmatyzmu niż ideologii.

„Normalsi” — największa grupa — łączą umiarkowany konserwatyzm z całkiem zdrową tolerancją. Uznają aborcję za dramat, a jednocześnie akceptują jej legalność. Nie chcą rewolucji, ale też nie chcą, żeby ktoś urządzał im życie.

Problem w tym, że polityka takich ludzi nie znosi. Są zbyt skomplikowani, zbyt niejednoznaczni, zbyt mało widowiskowi. A polityka potrzebuje prostych historii i głośnych konfliktów.

Dlatego dostajemy wojny kulturowe o tematy, które większość społeczeństwa rozwiązałaby jednym zdaniem i wzruszeniem ramion.

Elity są bardziej spolaryzowane niż wyborcy — i co gorsza, są przekonane, że to wyborcy są tacy jak one. Bo żyją w świecie, w którym rzeczywistość mierzy się liczbą lajków i retweetów.

Tymczasem połowa kraju unika rozmów o polityce, żeby nie kłócić się przy stole. To nie jest społeczeństwo na skraju wojny domowej. To społeczeństwo zmęczone ludźmi, którzy udają, że wojna trwa.

POLSKA POLITYKA: CYNIZM ZAMIAST PROGRAMU

Skąd więc histeria? Z kalkulacji.

Poglądy coraz częściej przypominają zestaw wymiennych komunikatów. Projekty, które wczoraj były sukcesem, dziś są „zagrożeniem”. Rozwiązania, które się wprowadzało, trzeba „natychmiast zlikwidować”.

To nie jest ewolucja poglądów. To jest ich outsourcing do sondaży.

„Mądrość etapu” skurczyła się do „mądrości słupków”. Liczy się nie to, co działa, tylko to, co się opłaca powiedzieć w danym tygodniu.

Krótko działa świetnie. Długo — niszczy wszystko. Bo jeśli wszystko można odwołać, to nic nie jest wiarygodne.

Do tego dochodzi chaos po prawej stronie: kilka formacji walczy o ten sam elektorat, każda próbując być bardziej radykalna od poprzedniej. To nie jest wzrost radykalizmu społecznego. To jest efekt politycznej paniki i utraty wiarygodności.

W tym chaosie rosną partie protestu, żywiące się frustracją tych, którzy czują, że system nie działa — i mają w tym rację, tylko diagnozę kierują w różne strony.

A największa grupa — „normalsi” — siedzi z boku i patrzy na to wszystko jak na program rozrywkowy, którego nie zamawiała.

TRUMPIZM W POLSCE: MIŁOŚĆ, WSTYD, ODWROT

Relacja z trumpizmem była prosta: inspiracja, punkt odniesienia, czasem niemal ideologiczna kotwica.

„Amerykańskie — dobre, europejskie — podejrzane”. Prosty podział świata dla ludzi, którzy nie lubią komplikacji.

Potem przyszły koszty: Iran, napięcia w NATO, presja na sojuszników, chaos zamiast strategii.

Zaczęło się wycofywanie — najpierw szeptem, potem coraz głośniej. Krytyka, wcześniej nie do pomyślenia, nagle stała się możliwa. A nawet modna.

Trump przestał być atutem, stał się problemem. Teraz trwa eleganckie odcinanie się od przeszłości, które wygląda trochę jak próba wyjścia z własnego cienia.

EUROPA: DWA OBOZY, JEDEN IMPAS

Europa to dziś przeciąganie liny między dwiema wizjami: liberalną i antyliberalną. Problem w tym, że lina nie przesuwa się w żadną stronę — tylko się strzępi.

Globalny chaos sprzyja populizmowi. Recesja, konflikty, niepewność — to paliwo dla tych, którzy oferują proste odpowiedzi na trudne pytania.

Ironia polega na tym, że nawet jeśli Trump politycznie słabnie, skutki jego decyzji mogą wzmacniać jego ideowych krewnych w Europie.

Polska jest przypadkiem szczególnym: relatywnie stabilna gospodarka, ale niedomknięte państwo prawa i polityka prowadzona na dwóch torach — USA i Europa.

Problem w tym, że to nie jest strategia. To jest efekt braku decyzji.

POLITYKA JAK GIMNASTYKA

Elastyczność poglądów stała się dyscypliną sportową. Salto, półobrót, lądowanie na sondażach — najlepiej bez utraty równowagi i twarzy, choć to drugie bywa trudniejsze.

Wczorajszy „projekt strategiczny” jest dzisiejszym „błędem”. Jutrzejszy będzie „koniecznością chwili”.

Można to nazwać pragmatyzmem, jeśli uznamy, że słowa nie mają znaczenia. A to już nie jest polityka. To jest marketing.

POLITYKA BEZ ZŁUDZEŃ

Najprostsza prawda jest ignorowana, bo jest zbyt nudna: mniej teatru, więcej sprawczości. Mniej emocji, więcej kompetencji. Mniej opowieści, więcej efektów.

To się nie wydarzy. Bo emocje sprzedają się lepiej niż rozsądek, a konflikt lepiej niż stabilność.

Zostajemy więc z Polską w pół kroku, Europą w impasie i politykami, którzy zmieniają zdanie szybciej niż prognozę pogody.

I z tym cichym, upartym przekonaniem, że tym razem naprawdę będzie inaczej.

Tak. Jasne.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights