









Niepodległość po polsku to widowisko – raczej nie teatralne, lecz pirotechniczne. Tym razem 11 listopada w Warszawie znów rozbłysły race, huknęły petardy, a dym uniósł się jak symbol narodowej zadumy – czyli nerwicy z domieszką benzyny. I w samym środku tego spektaklu dymu, hałasu i narodowych sloganów – Karol Nawrocki, prezydent RP, wreszcie u siebie. Bo cóż bardziej naturalnego dla człowieka z duszą kibola niż defilada narodowych fobii?
Marsz Niepodległości 2025 ruszył spod ronda Dmowskiego, świętego miejsca narodowych demonstracji. Zamiast modlitwy – dym, zamiast refleksji – wrzaski, zamiast hymnu – chóralne „Czołem Wielkiej Polsce!”. Zakaz rac? Oczywiście złamany. „Nie mówcie Kierwińskiemu, ale race też będą” – zapowiedział Sławomir Mentzen, który chyba pomylił niepodległość z meczem Polska–Rosja. I były – czerwone, dymiące, triumfalne. Bo jak wiadomo, nic tak nie wzmacnia ducha narodowego jak porządny pożar i hałas.
Krzysztof Bosak przemawiał jak kaznodzieja na wiecu miłości do samego siebie. O „wielkich zadaniach sił wolnościowych”, o „oczach Europy zwróconych na nas” – jakby zapomniał, że Europa patrzy raczej z niepokojem, a czasem z politowaniem. Ale tłum wiwatował, machał flagami, a między „Polska! Polska!” niosło się echo grzanego nacjonalizmu i tłuszcz patriotyczny unoszący się nad Alejami Jerozolimskimi.
A prezydent? Szczęśliwy jak nigdy. W końcu znalazł swoje naturalne środowisko: tłum spoconych mężczyzn z racami, patriotyzm w wersji pirotechniczno-grillowej, słowa jak z broszur IPN-u i okrzyki, które brzmią jak instrukcje bojówkarskie. W tłumie – Braun, Mentzen, Bosak, Kaczyński (podobno incognito), Korwin Mikke, a więc cała elita „sił suwerennościowych”. Brakowało tylko wspólnego zdjęcia z podpisem: „Jedna Polska, wiele fobii”.
Rafał Trzaskowski, obserwując z bezpiecznej odległości, próbował zachować spokój. „Mam nadzieję, że udział prezydenta będzie działał dyscyplinująco” – powiedział. Naiwnie. Bo jak się daje wilkowi gwizdek, nie liczy się na ciszę. I choć do poważnych incydentów nie doszło, to język nienawiści huczał głośniej niż race.
Hasło marszu: „Jeden naród, silna Polska”. W praktyce: „Jeden naród, przeciw wszystkim innym”. Naród w dymie, w hałasie, w pochodzie pełnym samozachwytu. Niepodległość znów sprowadzona do ryków i światełek dymnych. I w środku tego wszystkiego Nawrocki, jak generał bez armii, który wreszcie znalazł oddział marzący o rewanżu na świecie.
Kiedyś 11 listopada był dniem refleksji. Dziś to festyn frustracji. Kiedyś niepodległość zdobywano czynem, dziś – decybelem. Kiedyś marsze prowadził Piłsudski, dziś – Mentzen z racą i Nawrocki z miną zbawcy. I gdy Bosak mówi o „oczach Europy zwróconych na nas”, nie sposób się nie zgodzić – rzeczywiście patrzą. Z niedowierzaniem.
A więc Polska świętuje. W dymie, w huku, w samozachwycie. Z prezydentem w roli wodzireja narodowego karnawału gniewu. Bo w tym kraju nawet niepodległość musi płonąć.

Dodaj komentarz