POLITYCZNE PRZEKĄSKI Z KRAJU I ZAGRANICY, CZYLI JAK UPRAWIAĆ DEMOKRACJĘ BEZ ZDERZAKA

Warszawa

Witajcie w kraju, gdzie premier to nie zawód, tylko chwilowa funkcja pełniona między jednym kryzysem a drugim. Gdzie budżet trzyma się jak pijany słupka, a prezydent… no cóż, prezydentowi najwyraźniej pomylił się mandat wyborczy z kartą lojalnościową Konfederacji.

Zacznijmy jednak od Francji, bo to tam znów trzęsienie ziemi — a raczej polityczny wstrząs wtórny. Premier Lecornu poległ szybciej niż świeżo posadzony koper na balkonie. Człowiek zdążył objąć urząd, zrobić rząd, wywołać skandal i… złożyć dymisję. Wszystko w kilkanaście godzin. Czy to rekord? Nie wiem. Ale to na pewno idealny dowód na to, że we Francji rząd upada szybciej niż bagietka z rąk rozkojarzonego paryżanina.

Macron? Ten wie, że demokracja to widowisko. Premierzy przychodzą i odchodzą, a on trwa jak dobrze zaprogramowana lodówka z trybem „ignoruj społeczne wrzenie”. Gdyby mógł, pewnie zamieniłby Zgromadzenie Narodowe na grupę focusową i rządziłby sondażami. Ale nie może. I oto skutki.

A teraz szybki teleport do Polski, gdzie rzeczy dzieją się wolniej, ale z większą dozą absurdu. Nasza klasa polityczna przypomina przedszkolaki w piaskownicy: jedni próbują budować zamek z piasku i budżetu (brawo Domański, ten twój zamek się jeszcze trzyma!), a inni usilnie sikają do foremki, bo „nikt mi nie będzie mówił, ile kadencji mogę być wójtem”.

Tak, tak. Władysław „Ziemia i Godność” Kosiniak-Kamysz triumfalnie oznajmia, że PSL jest jak domowy chleb — nie zmienia nazwy od lat i choć czasem pleśnieje, to wszyscy udają, że tak ma być. Projekt zniesienia kadencyjności dla władz lokalnych przeszedł pierwsze czytanie, a Władek dmucha w ten projekt jak w zimną zupę — z uwagą, sentymentem i odrobiną desperacji. Bo przecież jak raz się dorwiesz do fotela burmistrza, to czemu masz się ruszać? W PRL-u nikt takich pytań nie zadawał.

Dobrze, że przynajmniej minister Domański zachowuje twarz. Człowiek mówi z sensem. Twardo, jasno, bez uciekania się do populistycznego języka. „Zmieścimy się w deficycie” — mówi, jakby mówił: „Tak, drogi Polaku, twój kredyt hipoteczny będzie dalej cię dusił, ale przynajmniej nie zbankrutujemy.” Skąd ta równowaga ducha? Może dlatego, że on jeden w tym rządzie wie, gdzie leży kalkulator.

I tu warto odnotować: Domański to taki typ, który wygląda jakby codziennie wstawał o 5:30, biegał w deszczu, a potem pisał poprawki do budżetu, słuchając podcastów o szwedzkim systemie podatkowym. Oby go nikt nie zdemoralizował. Tusk – nasz złoty Donald – pewnie patrzy na to z sympatią i lekkim niepokojem, bo Domański wprowadza więcej spokoju niż latte z owsianym mlekiem na Placu Zbawiciela.

A skoro mowa o Donaldzie, pozwólmy sobie na moment zachwytu. Tusk to jak gracz w szachy, który gra z przeciwnikiem, który nie zna zasad i myśli, że gońcem można zbić stół. Wciąż o trzy ruchy do przodu, z ironicznym uśmiechem i niezmiennie w czarnym garniturze. Gdyby Donald był memem, byłby tym, gdzie pies siedzi w płonącym pokoju i mówi: This is fine, ale potem gasi ogień jedną decyzją legislacyjną.

A co u Sikorskiego? Nasz dyplomatyczny pistolet jak zwykle ostrzy słowa i celuje w hipokryzję Zachodu, trafiając celniej niż NATO w swoje własne terminy. Człowiek wytresowany w salonach Europy, ale z duszą ciętego ironisty z prowincji. Gdyby nie on, to kto by tłumaczył Polakom, że polityka zagraniczna to coś więcej niż memy z Putinem i klaskanie w Sejmie?

Tymczasem po stronie drugiej barykady dzieje się kabaret. Prezydent Nawrocki, bohater o twarzy zmęczonego kolportera ulotek z lat 90., podpisał ustawę o pomocy Ukraińcom i… zapomniał powiedzieć o tym ludziom, którzy na niego głosowali. Najpierw grał twardego antyukraińskiego koguta, a teraz nagle – hop! – międzynarodowa empatia. Problem w tym, że jego elektorat nie przeskoczył z „bronić granic” na „pomagać sąsiadom” w czasie krótszym niż kadencja. Ale spokojnie, z jego PR-em nawet haiku o cebuli zabrzmiałoby jak deklaracja suwerenności.

I wiecie co? Szymon Hołownia też już nie chce się bawić w krajową politykę. Zabrał swoje notatki z TEDx-a i poleciał do ONZ-u. Dobrze mu tam będzie, w miejscu, gdzie nikt nie pyta, czy zna się na geopolityce, dopóki mówi ładnym angielskim i robi przerwę dramatyczną po każdej drugiej sylabie.

Podsumowując: Polska polityka to dziś coś między kabaretem, dramatem psychologicznym a reality show z elementami escape roomu. Ale jeśli dobrze się wsłuchać, to słychać tam też echa zdrowego rozsądku — ciche, ale uporczywe. Domański liczy, Tusk planuje, Sikorski walczy. A reszta? No cóż. Reszta przypomina ten moment, kiedy próbujesz wyjechać z ronda, a wszyscy jadą w lewo i trąbią. Czyli chaos, ale nasz.

FINAŁOWA PUENTA NA CZAS NIEPEWNOŚCI

Gdy Francja zmienia premierów jak skarpetki po bieganiu, a polski prezydent nie wie, czy bardziej chce być bohaterem narodowej krucjaty czy cichym urzędnikiem zza biurka — rząd Tuska twardo stąpa po ziemi. A my, obywatele tego kabaretu zwanego państwem, możemy się tylko cieszyć, że chociaż mamy budżet, który się mniej więcej spina i ministra, który mówi ludzkim głosem, a nie szczeka sloganami.

I na koniec refleksja: polityka to teatr. Ale nie każdy polityk to aktor. Niektórzy to statyści, inni – rekwizyty. A tylko nieliczni potrafią napisać własny scenariusz.

CZOŁEM, OGLĄDAJ DALEJ.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights