
czyli jak Mentzen chciał być rozgrywającym, ale znowu został przystawką
W polskiej polityce zapanowała nowa moda: wszystko dzieje się przy piwie. Kiedyś politycy spotykali się na salonach, dziś – w knajpach. Sławomir Mentzen, samozwańczy sommelier liberalizmu i browarnik idei, przechadza się z kuflem po partyjnych korytarzach i próbuje udowodnić, że można być jednocześnie antysystemowym marzycielem i systemowym oportunistą. Do tej pory nie wiadomo, czy częściej podnosi kufel czy rękę w Sejmie.
W tle tej piwnej epopei krąży plotka jak z kiepskiego thrillera: oto Mentzen miałby dogadać się z Donaldem Tuskiem. Tak, z tym Tuskiem. Tym samym, którego Konfederacja przez lata przedstawiała jako ucieleśnienie brukselskiego zła i patrona moralnego upadku Zachodu. Teraz jednak „wolnościowy” lider miałby rozważać polityczne tango z liberałami, o ile oczywiście ktoś mu zagwarantuje funkcję marszałka Sejmu.
PiS dostał szału. Kaczyński, klasycznie już zakładnik własnej wyobraźni, krzyknął coś o „zdradzie narodu” – jakby Mentzen już zaczął malować sobie tęczę na garniturze i odgrażać się, że wprowadzi euro w poniedziałek. W dodatku prezes nie poprzestał na ogólnikach – z Białegostoku grzmiał, że Konfederacja flirtująca z PO to nie tyle rozgrywka polityczna, co zdrada polskości. No, chyba że zdrada ta polega na wypiciu piwa z Trzaskowskim. Wtedy może to tylko „liberalna pomyłka”.
Ale chwila. O co tu właściwie chodzi? Przede wszystkim – o to, że Kaczyński traci kontrolę. I w swojej desperacji przypomina już nie męża stanu, tylko obrażonego wuja na weselu, który nie został zaproszony do stołu prezydialnego.
Mentzen z kolei – ten piwny strateg – chce grać bardzo wysoko. Marzy, by to jego formacja rozdawała karty na prawicy. Problem w tym, że z 16 posłów może mu zostać 7, jeśli faktycznie porzuci skrzydło narodowe. A za siedmioma posłami nawet funkcja marszałka, to jak zamawianie tiramisu po sałatce – nikogo już nie interesuje.
Mentzen: zawodowy doradca podatkowy, amatorski Napoleon
Wielu zastanawia się, co właściwie siedzi w głowie Sławomira Mentzena. Czy to polityczny wizjoner, który chce zburzyć stary duopol PO–PiS? Czy może po prostu chłopak z Torunia, który dorwał się do polityki i uznał, że w sumie polityka to też biznes?
Jego debata z Morawieckim przypominała zderzenie dwóch rzeczywistości: premiera, który wciąż nie wie, czy był bankierem czy mesjaszem, i lidera Konfederacji, który najwyraźnie nadal uważa, że kluczem do sukcesu gospodarczego jest obniżanie kosztów pracy. Tak, bo polska innowacyjność to mit, a przyszłość to gig economy i kebaby na dowóz za 7 złotych.
W tym starciu zaskakująco dobrze wypadł Morawiecki – ten sam, którego Konfederacja oskarża o wszystko, od podatków po pogodę. A Mentzen? Zasugerował, że nie potrzeba nam państwa aktywnego, tylko taniego. Tanie państwo, jak tanie wino, może działać, ale kończy się bólem głowy i wstydem.

Wałęsa i cienie sierpnia
W tym politycznym kabarecie cień rzuca także… Lech Wałęsa. Otóż prawica nie może się od niego uwolnić. Jakby to nie był były prezydent, tylko egzorcyzm. Każda rocznica Solidarności to dla nich okazja, by przypomnieć, że był „Bolkiem”, „nieszczerym”, „małym człowiekiem”, „symbolem zdrady”. Tylko że problem polega na tym, że większość tych, którzy go dziś opluwają, w czasach PRL siedziała cicho. Albo w wojsku. Albo – jak Piotr Duda – w butach ZOMO, a nie opozycji.
Prawicowa obsesja na punkcie Wałęsy to forma kompensacji. Starsi panowie, którzy nie byli wystarczająco groźni dla komuny, próbują teraz udowodnić, że to oni zasługują na pomniki. Oczywiście, pomniki z betonu, byle nie te, które Wałęsa jeszcze pamięta.
Nawrocki, czyli Pan Zboże 2025
Na Jasnej Górze tymczasem prezydent Karol Nawrocki wygłosił mowę, która przypominała kazanie wygenerowane przez AI po obejrzeniu „Rancza” i przeczytaniu ulotki z nawozów mineralnych. Polski rolnik to teraz najważniejszy sojusznik państwa – z ustawy o ochronie wsi płynie więcej patosu niż konkretu, ale kto by tam sprawdzał szczegóły, skoro słońce świeci, a wieńce błogosławione.
Prezydent chce zakazać wykupu ziemi i blokować umowy handlowe, które zagrażają polskiemu ogórkowi. Brzmi wspaniale. Problem w tym, że Nawrocki nie jest gospodarzem – on jest dekoracją. Złotą figurką na torcie, który ktoś inny właśnie zjada.

Kościół też pęka
W międzyczasie, Kościół katolicki znowu wpadł w swój ulubiony kryzys: seks, władza i charyzmatyczny duszpasterz, który najwyraźnie pomylił konfesjonał z Tinderem. Tomasz Terlikowski, zmęczony kaznodzieja rozsądku, pisze już nie tyle komentarze, co nekrologi dla resztek wiarygodności instytucji. Charyzmatyczni księża? Raczej charyzmatyczni manipulatorzy. A reakcje hierarchów? Jak zawsze – chronić mury, nie ludzi.
Ale spokojnie – Kościół nie zginie. Po prostu stanie się niszowy, jak sklepy z kasetami VHS.
Co zostaje?
Donald Tusk – jedyny dorosły w tym przedszkolu absurdu – obserwuje to wszystko z pewnym rozbawieniem. I nic dziwnego. Kiedy opozycja toczy wojnę domową, a rządzący walczą z własnym cieniem, wystarczy nie przeszkadzać. Tusk już raz przeżył „końce historii”. Dziś tylko zbiera chipsy z podłogi, patrząc, jak Mentzen rozważa koalicję z kimkolwiek, kto ma otwarte konto na Twitterze i dwa mandaty w Sejmie.
A Polska? Trochę zmęczona, trochę rozbawiona. I nie wiadomo, czy mamy wrzesień 1939, sierpień 1980, czy po prostu kolejny sezon „House of Kaczor”.

Dodaj komentarz