Polak w kosmosie, a gumiaki zostały te same

Warszawa

Polak w kosmosie, a gumiaki zostały te same

(czyli środa między stodołą a stacją orbitalną – z przystankiem w Brukseli)

No i się doczekaliśmy. Polak poleciał w kosmos. Oficjalnie. Legalnie. Nie jak sąsiad Tadek, co twierdzi, że raz „odleciał” po bimberku i widział stację orbitalną w oborze. Nie. Tym razem naprawdę – pan Sławosz Uznański, cały w bieli, w kombinezonie za miliony, ale… w gumiakach jak od sołtysa spod Radzynia.

Bo ja się tam może na fizyce nie znam, ale jak zobaczyłem ten jego strój, to pierwsze co pomyślałem:

„Matko Boska od Siewu, przecież toż to normalne gumofilce!”

Takie jak się u nas zakłada na pole, do świniarni, albo – jak błoto po pas – to i do kościoła.

Ja rozumiem – kosmos, technologia, Elon Musk i inne pierony, ale czy naprawdę nie dało się dać mu jakichś bardziej prestiżowych pantofli? Jakby poleciał w lakierkach, to przynajmniej Putin by się zdenerwował, że zachód już nawet elegancki w przestrzeni. A tak? Polak w kosmosie, jakby szedł wybierać kartofle.

I bardzo dobrze! Bo przecież nie sztuką jest latać w skórzanych oksfordach. Sztuką jest lecieć w gumiakach i wyglądać jak przyszłość ludzkości.

W międzyczasie – w tym samym czasie! – w Hadze był szczyt NATO, na który przyleciał Donald Trump. I jak to Trump: nie przyleciał jak polityk, tylko jak tornado z Florydy po trzech Red Bullach i jednej skardze do Komisji Etyki.

Najpierw bluzgnął, potem kogoś opieprzył, potem powiedział, że NATO to jego dziecko, a na końcu ogłosił, że jak kraje nie będą płacić 5% PKB na wojsko, to… „dostaną rachunek za prąd z Ameryki dwa razy większy”. Nie wiem, czy chodziło o prąd czy o rakiety, ale Bruksela zadrżała – nie tyle z obawy, co z zażenowania.

No i ustalili. Że NATO ma być silniejsze, szybsze, bardziej cyfrowe i że artykuł 5 nie jest metaforą. Czyli, jak to mówią w Bielejewie:

„Zebrali się, pogadali, postraszyli Ruskich i zjedli lunch.”

A nasz prezydent Duda – no wiadomo – też był. I też wystąpił. Powiedział, że to on pierwszy zaproponował te 5% PKB, i że to w Nowym Jorku powiedział Trumpowi, i że to jego pomysł. Czyli tak, jakby sołtys przyszedł na zebranie gminy i oświadczył, że wodociąg to jego autorska idea, bo kiedyś wpadł na pomysł, żeby nie nosić z rzeki wody w wiadrach.

A potem – już w Hadze – prezydent się rozpłynął nad tym, jak mu wiatraki krajobraz psują. I że on nie podpisze ustawy, bo premier go zmusza. Jakbyśmy nie mieli inflacji, wojny i taniego TikToka, tylko bitwę o dolinę Wiatrakową w Małopolsce.

I tu wracamy do Sławosza z orbity, który – jako jedyny Polak w środę – zrobił coś konkretnego. Nie pokłócił się z nikim, nie bluzgał, nie mówił o artykule 5, nie wspominał Tuska, Putina ani Krajobrazu Narodowego. Tylko spojrzał z góry na Ziemię i pomyślał pewnie: „Rany boskie, co ja za kraj zostawiłem na dole.”

Bo co tu mamy:

– Trump bluzga,

– Duda nie podpisuje,

– Kaczyński jedzie na objazdówkę,

– Nawrocki szykuje przemówienie do narodu,

– Sikorski walczy z ambasadorami,

– Bodnar przelicza głosy jak gospodyni ziemniaki na kluski,

– a na to wszystko Sławosz w gumiakach leci na orbitę i eksperymentuje z glonami.

Podsumowanie dnia? Proszę bardzo, wedle bielejewskiej filozofii:

– Kosmos – zdobyty.

– Dyplomacja – rozjechana jak pole po deszczu.

– Prezydentura – zagrzebana w wiatraku.

– Gumofilce – oficjalnie uznane za but narodowy.

A jak mnie kto zapyta, co z tego wszystkiego najważniejsze, to ja powiem jasno:

– Gumiak się nie ślizga. Gumiak nie zdradzi. Gumiak – w przeciwieństwie do polityka – zawsze wróci z pola, i nie tylko będzie błyszczał na plakacie.

PS. Zenek z Bielejewa, zainspirowany, zgłosił się do lotu suborbitalnego. Z butelką po Żubrówce i z zapasem parówek. Start w piątek. Cel: podglądać Sławosza przez okno i sprawdzić, czy tam w kosmosie też trzeba orać.


Bielejewo (wieczorem)


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights