
W Katowicach znowu zapachniało naftaliną i ambicją. Trwa wielka konwencja Prawa i Sprawiedliwości, a raczej zjazd lojalnych snów Jarosława Kaczyńskiego. Oficjalnie to ponad sto paneli i sześciuset uczestników, ale nie dajmy się zwieść – program PiS-u nie powstaje w dyskusjach, tylko w głowie jednego człowieka, który nie zwykł go konsultować z rzeczywistością.
To nie jest partia dialogu – to sekta w trybie edytowania dekretu. Prezes, zwany też „Ojcem Świętym Polskiej Prawicy”, znowu wieszczy: Zachód zły, Niemcy przebiegli, Bruksela pod łóżkiem. Polska ma do wyboru: hegemonia albo himalaje absurdu. W nowej wersji tej baśni Donald Tusk to Wiedźmin w eurokożuchu, a Ziobro – Geralt bez miecza, za to z wnioskiem o immunitet.
Tymczasem sam Tusk robi to, co zawsze: nie panikuje. Bo i po co? PiS wrzeszczy w pustej sali, a KO rozgrywa swoje partie w ciszy, z notatnikiem i Google Calendarem. Tusk nie uznał jeszcze meczu za przegrany, a przeciwnik chyba już zaczyna rezerwować loty czarterowe do Budapesztu.
Wróćmy jednak do Katowic. „Myśląc Polska” – tak to się nazywa – choć bardziej trafne byłoby „Udając: Program”. Sztuczka polega na tym, by mnożyć liczbę paneli, liczbę ekspertów i liczbę długopisów. Jeśli tylko będzie ich więcej niż myśli, to sukces murowany.
Ale nawet wewnątrz PiS-u czuć nerwowość. Kurski pojawił się znienacka, jak wyskakujący z szafy klaun z horroru klasy B. Jego obecność budzi w szeregach więcej konsternacji niż zachwytu. Jeśli to jest „nowe otwarcie”, to musiało się odbywać kluczykiem do starego malucha.
A konkurencja nie śpi. Konfederacja, choć niezaproszona, i tak obecna duchem. Kaczyński próbuje flirtować z Mentzenem i Braunem, ale wygląda to jakby serialowy ojciec Rydzyk próbował porozmawiać z TikTokerami o memach. Puścił oko, pochwalił Bąkiewicza, zacytował Czarnka – ale efekt jest mniej więcej taki, jakby dziadek zaprosił wnuka na ryby i kazał mu łowić patriotyzm.
W tle majaczy jeszcze walka wewnętrzna. Czarnek, Morawiecki i Bochenek – jak trzej muszkieterowie, tylko bez muskułów i z trójką egzemplarzy „Reformy Państwa wg Prezesa”. Każdy z nich chce być premierem, ale wygląda na to, że najbliżej jest ten, którego Kaczyński nie zna jeszcze z nazwiska. Reszta to sygnały testowe, jakby prezes grał w polityczne Tinder – przesuwa w lewo, a potem płacze, że nikt nie chce być w jego koalicji.

I jeszcze jedno: prawdziwym bohaterem w tle jest minister Żurek. W czasie, gdy Kaczyński straszy Brukselą i Putinem, Żurek mówi o Pegasusie, podsłuchach i neosędziach. To nie jest już debata polityczna – to raport z pola minowego. Z jednej strony Ziobro z ekipą, który zamiast prawa traktował paragrafy jak plastelinę, z drugiej – ktoś, kto próbuje to wszystko odgruzować. Z prezydentem w roli przeszkody terenowej.
A więc: PiS śni. Śni o potędze, jednopartyjnych rządach, o tym, że można jeszcze raz przestraszyć Polaków Niemcami i kredytem na wieczność. Ale to już sen na jawie. Bo gdzieś po drugiej stronie sceny politycznej ktoś nie krzyczy, tylko robi. I coraz więcej ludzi to zauważa.
Katowice mogą drżeć od słów, ale politykę wygrywa się dziś cicho, z planem. A nie przez deklamowanie pieśni o zagrożeniach i niemieckich gazetach.
Prezes śni. Tusk gra dalej.
PIĄTEK, KTÓRY ROZPOCZĄŁ KAMPANIĘ

Piątek okazał się czymś więcej niż zwykłym politycznym piąteczkiem z oświadczeniami i konferencjami. To był polityczny sygnał dźwiękowy: kampania wyborcza ruszyła. Z jednej strony – Jarosław Kaczyński uruchamia festiwal paneli, konferencji i deklaracji, że tylko on obroni Polskę przed anihilacją ze strony UE, a właściwie Niemiec przebranych za komisarzy europejskich. Z drugiej – Koalicja Obywatelska robi miękkie lądowanie przed rebrandingiem, pokazując, że zjednoczenie opozycji może się odbyć bez fajerwerków, ale za to z planem.
PiS gra kartą strachu: przed Brukselą, przed praworządnością, przed elitami i przed wszystkim, co ma w nazwie „euro”. Kaczyński śni o Pax Americana, gdzie Polska zamienia Traktaty Unijne na SMS-y z Waszyngtonu. Tyle że nawet sam Trump nie daje się już traktować jak stabilny partner – chyba że za stabilność uznamy jego zdolność do generowania chaosu na życzenie.

Donald Tusk – mimo obsesyjnych ataków – nie wygląda na człowieka, który się boi. Platforma przygotowuje grunt pod start nowej formuły, a po stronie KO nikt nie panikuje. Widać, że to nie jest jeszcze czas na decydujące starcie – ale to już początek ruchów rozgrzewkowych przed meczem o wszystko.
Jednocześnie w cieniu wielkich wizji toczy się opowieść o realnych konsekwencjach rządów PiS. Minister Żurek mówi wprost o państwie podsłuchów, o ludziach, którzy w demokratycznym państwie prawa powinni stanąć przed sądem, ale są chronieni przez neosędziowski parasol. To nie jest kampanijny fajerwerk, tylko dowód, że system wymiaru sprawiedliwości przez ostatnie lata był zarządzany jak szemrana firma ochroniarska.
A więc bilans piątku? Z jednej strony – wielkie wizje i zapowiedzi jak z broszury reklamowej z 2015 roku. Z drugiej – nowa opowieść o przyszłości, spokojniejsza, ale bardziej konkretna. I jeszcze trzecia oś: próba rozliczenia się z przeszłością, której PiS nie zamierza rozliczać, bo sam ją napisał. Nadchodzący weekend to starcie wizji, ale piątek pokazał, że ta bitwa nie będzie tylko o emocje – będzie też o fakty, o rozliczenia, i – miejmy nadzieję – o przyszłość, która nie pachnie naftaliną.

Dodaj komentarz