PODRĘCZNIK BEZUŻYTECZNEGO AUTORYTARYZMU, CZYLI JAK ANDRZEJ DUDA POSTANOWIŁ BYĆ GROŹNY NA POŻEGNANIE

Warszawa

Warszawa, czwartek 17 lipca 2025, godz. 13.21

Andrzej Duda, ten wiecznie zdziwiony profesor z akademii zerwanych szans, postanowił na koniec swojej politycznej opowieści o bezradności rzucić ostatnim kamieniem w szybę demokracji. Zrobił to z werwą gimnazjalisty, który przed wyjściem z klasy krzyczy do nauczycielki „a pani to w ogóle nie umie uczyć!”. I jak to u niego – chodziło niby o prawo, a wyszło jak zwykle – czyli o żałosne pragnienie, by ktoś jeszcze zauważył, że wciąż siedzi za biurkiem.

Ułaskawienie Roberta Bąkiewicza nie jest gestem polityka – to desperacka wiadomość wypisana flamastrem na kartonie: „Proszę, nie wyrzucajcie mnie na margines!”. Bąkiewicz nie jest tu osobą – jest funkcją. Funkcją hałasu, szczucia, wojennego marketingu dla polityków, którym już nic nie zostało poza krzyczeniem. To nie kumpel Dudy – to podwykonawca PiS-owskiego outsourcingu od nienawiści, wynajęty do szarpania flagi i wrzasków o honorze. A że przy okazji uderzył Babcię Kasię? Cóż, tym lepiej. Narracyjnie. Bo przecież w tej opowieści liczy się nie ofiara, tylko kto bardziej umie ją wyszydzić.

Takie ułaskawienie, zrobione ostentacyjnie, teatralnie, w ostatnim sezonie prezydenckiego serialu „Duda. Życie na kredyt”, ma jeden cel – sprowokować. Nie pomóc. Nie naprawić. Tylko wywołać skowyt. Patrzcie, jak wyją! Jak kwiczą! Ten dźwięk to dla Dudy jedyny dowód, że jeszcze coś znaczy. Że jeszcze umie kogoś dotknąć, choćby łokciem w tłoku. Władza dla niego to nie odpowiedzialność, to nie decyzje. To koncert na kontrabasie zrobionym z ego i strachu. Ostatni raz uderza smyczkiem. Po nim już tylko cisza. I memy.

Bo dramat prezydenta Dudy – i to jest dramat, nie kpina – polega na tym, że zaraz przestanie być potrzebny. Przestanie być kimś. A był przecież przez osiem lat księciem na pałacowym dworze, otoczonym ludźmi, którzy śmiali się z jego żartów, nawet gdy mówił o „inwestycji w emerytów”. Za chwilę stanie się drugim Komorowskim – znanym głównie z tego, że już nikt nie wie, gdzie mieszka. A to boli.

Duda nie zbudował zaplecza politycznego – bo niby kiedy? Między jednym milczeniem a drugim podpisem? Nie miał ani odwagi, ani zdolności, by wyjść poza rolę notariusza z Nowogrodzkiej. Kaczyński, mistrz upokarzania, już zaciera ręce. Duda będzie pasował do tej samej szuflady co Schetyna – politycznych bibelotów, których się nie wyrzuca, ale których nikt nie zaprasza.

I oto nasz safanduła postanowił zagrać rolę srogiego ojca narodu. Grozi wieszaniem sędziom, ułaskawia ulicznych zbirów w patriotycznym opakowaniu, a w międzyczasie uśmiecha się jakby nie wiedział, czy jest jeszcze prezydentem, czy już tylko głosem w radiu Maryja. To nie jest „konserwatywny renesans” – to „renesans karykatury”.

W tle tego teatru groteski dzieją się rzeczy nie mniej absurdalne. Szymon Hołownia, człowiek, który zawsze wygląda jakby właśnie coś bardzo ważnego wymyślił – choćby to było miejsce na słoik z kawą – flirtuje z PiS-em i Konfederacją. Polska 2050, partia o nazwie jak z konkursu dla startupów, balansuje na granicy politycznej śmierci, a ostatnie poprawki ustawy mieszkaniowej pokazały, że ich zdolność legislacyjna jest odwrotnie proporcjonalna do ich zdolności pozowania na konferencjach prasowych.

Gdy Konfederacja i PL2050 wspólnie przegłosowują prywatyzację mieszkań za publiczne pieniądze, a Tusk z opóźnieniem reaguje jakby wciąż nie wiedział, czy walczy o przyszłość Polski, czy tylko o jeszcze jedną rotację ministerstw, wszystko zaczyna przypominać scenariusz pisany przez kiepskiego scenarzystę telenoweli politycznej. Wszyscy kombinują, nikt nie czyta umowy koalicyjnej, a wyborcy – jak zwykle – mają oglądać, klaskać i płacić podatki.

W tym całym politycznym kabarecie Duda chce być znów aktorem. Ale, jak to bywa w teatrze kukiełek – nawet najgłośniejsze uderzenie w tamburyn nie zmienia faktu, że ręka, która nim porusza, już szykuje się do wymiany lalki. 6 sierpnia kończy się jego przedstawienie. Schodzi ze sceny. Bez bisów. Bez owacji. Co najwyżej z ironicznym „brawo” od własnej loży honorowej.

I może na koniec dostanie jeszcze jakiś felieton w Sieciach albo pół minuty w „Wiadomościach”. Ale potem zniknie. Jak Komorowski. Jak Wałęsa. Jak Kwaśniewski. Jak człowiek, którego największym osiągnięciem było to, że raz nie podpisał.

A historia, ta złośliwa nauczycielka, wpisze go w rubrykę „figury dekoracyjne” – między popiersie Piłsudskiego a kalendarz z papieżem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights