PODRĘCZNIK BEZUŻYTECZNEGO AUTORYTARYZMU, CZYLI JAK ANDRZEJ DUDA POSTANOWIŁ BYĆ GROŹNY NA POŻEGNANIE

Warszawa

PODRĘCZNIK BEZUŻYTECZNEGO AUTORYTARYZMU, CZYLI JAK ANDRZEJ DUDA POSTANOWIŁ BYĆ GROŹNY NA POŻEGNANIE

Andrzej Duda, ten wiecznie zdziwiony profesor z akademii zerwanych szans, postanowił na koniec swojej politycznej opowieści o bezradności rzucić ostatnim kamieniem w szybę demokracji. Zrobił to z werwą gimnazjalisty, który przed wyjściem z klasy krzyczy do nauczycielki „a pani to w ogóle nie umie uczyć!”. I jak to u niego – chodziło niby o prawo, a wyszło jak zwykle – czyli o żałosne pragnienie, by ktoś jeszcze zauważył, że wciąż siedzi za biurkiem.

Ułaskawienie Roberta Bąkiewicza nie jest gestem polityka – to desperacka wiadomość wypisana flamastrem na kartonie: „Proszę, nie wyrzucajcie mnie na margines!”. Bąkiewicz nie jest tu osobą – jest funkcją. Funkcją hałasu, szczucia, wojennego marketingu dla polityków, którym już nic nie zostało poza krzyczeniem. To nie kumpel Dudy – to podwykonawca PiS-owskiego outsourcingu od nienawiści, wynajęty do szarpania flagi i wrzasków o honorze. A że przy okazji uderzył Babcię Kasię? Cóż, tym lepiej. Narracyjnie. Bo przecież w tej opowieści liczy się nie ofiara, tylko kto bardziej umie ją wyszydzić.

Takie ułaskawienie, zrobione ostentacyjnie, teatralnie, w ostatnim sezonie prezydenckiego serialu „Duda. Życie na kredyt”, ma jeden cel – sprowokować. Nie pomóc. Nie naprawić. Tylko wywołać skowyt. Patrzcie, jak wyją! Jak kwiczą! Ten dźwięk to dla Dudy jedyny dowód, że jeszcze coś znaczy. Że jeszcze umie kogoś dotknąć, choćby łokciem w tłoku. Władza dla niego to nie odpowiedzialność, to nie decyzje. To koncert na kontrabasie zrobionym z ego i strachu. Ostatni raz uderza smyczkiem. Po nim już tylko cisza. I memy.

Bo dramat prezydenta Dudy – i to jest dramat, nie kpina – polega na tym, że zaraz przestanie być potrzebny. Przestanie być kimś. A był przecież przez osiem lat księciem na pałacowym dworze, otoczonym ludźmi, którzy śmiali się z jego żartów, nawet gdy mówił o „inwestycji w emerytów”. Za chwilę stanie się drugim Komorowskim – znanym głównie z tego, że już nikt nie wie, gdzie mieszka. A to boli.

Duda nie zbudował zaplecza politycznego – bo niby kiedy? Między jednym milczeniem a drugim podpisem? Nie miał ani odwagi, ani zdolności, by wyjść poza rolę notariusza z Nowogrodzkiej. Kaczyński, mistrz upokarzania, już zaciera ręce. Duda będzie pasował do tej samej szuflady co Schetyna – politycznych bibelotów, których się nie wyrzuca, ale których nikt nie zaprasza.

I oto nasz safanduła postanowił zagrać rolę srogiego ojca narodu. Grozi wieszaniem sędziom, ułaskawia ulicznych zbirów w patriotycznym opakowaniu, a w międzyczasie uśmiecha się jakby nie wiedział, czy jest jeszcze prezydentem, czy już tylko głosem w radiu Maryja. To nie jest „konserwatywny renesans” – to „renesans karykatury”.

W tle tego teatru groteski dzieją się rzeczy nie mniej absurdalne. Szymon Hołownia, człowiek, który zawsze wygląda jakby właśnie coś bardzo ważnego wymyślił – choćby to było miejsce na słoik z kawą – flirtuje z PiS-em i Konfederacją. Polska 2050, partia o nazwie jak z konkursu dla startupów, balansuje na granicy politycznej śmierci, a ostatnie poprawki ustawy mieszkaniowej pokazały, że ich zdolność legislacyjna jest odwrotnie proporcjonalna do ich zdolności pozowania na konferencjach prasowych.

Gdy Konfederacja i PL2050 wspólnie przegłosowują prywatyzację mieszkań za publiczne pieniądze, a Tusk z opóźnieniem reaguje jakby wciąż nie wiedział, czy walczy o przyszłość Polski, czy tylko o jeszcze jedną rotację ministerstw, wszystko zaczyna przypominać scenariusz pisany przez kiepskiego scenarzystę telenoweli politycznej. Wszyscy kombinują, nikt nie czyta umowy koalicyjnej, a wyborcy – jak zwykle – mają oglądać, klaskać i płacić podatki.

W tym całym politycznym kabarecie Duda chce być znów aktorem. Ale, jak to bywa w teatrze kukiełek – nawet najgłośniejsze uderzenie w tamburyn nie zmienia faktu, że ręka, która nim porusza, już szykuje się do wymiany lalki. 6 sierpnia kończy się jego przedstawienie. Schodzi ze sceny. Bez bisów. Bez owacji. Co najwyżej z ironicznym „brawo” od własnej loży honorowej.

I może na koniec dostanie jeszcze jakiś felieton w Sieciach albo pół minuty w „Wiadomościach”. Ale potem zniknie. Jak Komorowski. Jak Wałęsa. Jak Kwaśniewski. Jak człowiek, którego największym osiągnięciem było to, że raz nie podpisał.

A historia, ta złośliwa nauczycielka, wpisze go w rubrykę „figury dekoracyjne” – między popiersie Piłsudskiego a kalendarz z papieżem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights