PO ŚWIĘTACH, PRZED RACHUNKIEM SUMIENIA

Warszawa

Święta się kończą. Powoli, niechętnie, z weekendowym aneksem, który pozwala jeszcze dojadać sałatkę jarzynową z filozoficznym namysłem i udawać, że czas się zatrzymał. Jedni ruszą w sobotę do sklepów, żeby „uzupełnić zapasy”, inni zaczną rozglądać się po świecie – tym bliższym i tym dalszym – i zadawać sobie pytanie, które wraca co roku jak refren starej kolędy: dokąd my właściwie zmierzamy.

Bo koniec roku to nie tylko moment bilansów domowych i kalendarzowych. To także chwila, w której świat sam się podsumowuje, nie pytając nas o zgodę. I robi to brutalnie.

Gdy my sprzątamy po świętach, Ukraina liczy straty. Wojna nie zna przerwy świątecznej ani weekendu. W cieniu choinek i bombek trwa konflikt, który coraz wyraźniej wchodzi w fazę wojny na wyniszczenie. Ukraińscy analitycy mówią wprost: jeśli dyplomacja nie zadziała, decydować będzie gospodarka, zdolność mobilizacji, tempo strat. To język chłodny, niemal księgowy, ale za tymi liczbami stoją ludzie – ojcowie na froncie, matki z dziećmi przy świecach, miasta bombardowane metodycznie, bez emocji, jakby były rubryką w excelu Kremla.

Putin nie zmienił swoich ambicji. Donbas pozostaje jego obsesją, symbolem i celem. Rozmowy pokojowe? Owszem, trwają – o ile można tak nazwać dialog, w którym jedna strona domaga się cudzej ziemi, a druga walczy o prawo do istnienia. W tym sensie każda propozycja „pokoju za wszelką cenę” brzmi jak moralna kapitulacja ubrana w słowo „realizm”.

Na drugim brzegu Atlantyku trwa polityczny teatr, w którym główną rolę gra Donald Trump – człowiek, który nawet życzenia świąteczne potrafi zamienić w groźbę. Świat dostaje od niego jednocześnie bomby, obelgi i moralne kazania. Atak w Nigerii, wpisy o „zmarłych terrorystach”, groźby wobec mediów, obsesyjne tłumaczenia się ze sprawy Epsteina – wszystko to składa się na obraz przywództwa opartego na gniewie i autopromocji. Trump działa, ale działa jak taran: skuteczny w burzeniu, niekoniecznie w budowaniu.

A świat jest dziś delikatny jak szkło. Syria przypomina o sobie zamachem w meczecie. Nigeria pokazuje, jak konflikty religijne, etniczne i społeczne splatają się w węzeł, którego nie da się rozwiązać jednym nalotem ani jednym tweetem. Gaza wciąż jest raną, której Zachód nie potrafi ani opatrzyć, ani uczciwie nazwać. To wszystko dzieje się równolegle, w czasie rzeczywistym, podczas gdy my zastanawiamy się, czy jeszcze wypada życzyć „szczęśliwego nowego roku”.

Na tym tle Polska jawi się jako wyspa względnego spokoju. I warto to powiedzieć wyraźnie, bo pesymizm stał się u nas sportem narodowym. Gospodarka rośnie, inflacja została opanowana, pieniądze z Unii zaczynają realnie pracować, inwestycje w obronność mogą – jeśli nie zostaną zmarnowane – stać się impulsem rozwojowym, a nie tylko zbrojeniowym. Nawet Niemcy, od których jesteśmy gospodarczo bardziej zależni, niż lubimy przyznawać, szykują się do odbicia.

To nie znaczy, że nie ma zagrożeń. Są. Ale różnica między rozsądną czujnością a histerią polega na tym, że pierwsza pozwala działać, a druga paraliżuje. Tymczasem polska prawica od miesięcy sprzedaje strach w promocji. Grzegorz Braun urósł na lęku przed wojną, obiecując „pokój natychmiast” – nawet jeśli miałby on oznaczać cudzą kapitulację. Dla jednych jest prorokiem, dla innych fałszywym prorokiem, ale wystarczy mu kilkanaście procent, by zatruwać debatę hasłami prostymi jak cep i równie niebezpiecznymi.

Jarosław Kaczyński zniknął z tej opowieści niemal niezauważenie, jak aktor, który przegapił własne zejście ze sceny. PiS trwa, ale bez dawnej dominacji, rozrywany między strachem a radykalizmem. Konfederacje mnożą się jak mutacje wirusa populizmu, a Lewica i PSL balansują na granicy widzialności. Tymczasem obóz rządzący – mimo błędów, zgrzytów i braku fajerwerków – ma jedną przewagę: realizm.

I może to jest najważniejsza lekcja na koniec roku. Realizm zamiast mesjanizmu. Spokój zamiast histerii. Praca zamiast krzyku. Świat nie stanie się nagle dobry, wojny nie znikną po sylwestrze, a politycy nie zmienią charakterów wraz z kalendarzem. Ale można wybrać, czy będziemy do tego świata podchodzić jak dorośli, czy jak dzieci straszone opowieściami o końcu wszystkiego.

Święta się kończą. Zostaje cisza po gościach, resztki w lodówce i świadomość, że nowy rok przyjdzie niezależnie od naszych nastrojów. Dobrze byłoby wejść w niego bez złudzeń, ale też bez rozpaczy. Bo między apokalipsą a samozadowoleniem istnieje jeszcze trzecia droga: rozsądek.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights