PO ŚWIĘTACH, CZYLI CISZA PRZED KOLEJNYM HUKIEM

Warszawa

Wtorek po świętach ma w sobie coś z pobojowiska, które ktoś próbował przykryć obrusem. Na stole stoją jeszcze talerze, na których zaschły resztki majonezu, gdzieś w kącie leży samotna pisanka, która przeżyła więcej niż niejeden uczestnik rodzinnej dyskusji, a w powietrzu unosi się zapach zmęczenia, przesytu i tych wszystkich słów, których nie da się już cofnąć.

Siedzę, patrzę na to wszystko i mam wrażenie, że świat na chwilę zwolnił, jakby chciał nam dać złudzenie, że można jeszcze odpocząć od chaosu. Kot śpi. Oczywiście. Kot zawsze śpi wtedy, kiedy człowiek powinien myśleć. Leży rozwalony jak filozof po ciężkiej nocy i tylko jednym okiem sprawdza, czy przypadkiem nie robię czegoś głupiego.

I wtedy, jak każdy rozsądny człowiek po świętach, włączam wiadomości.

I natychmiast wracam do rzeczywistości, która nie zna pojęcia „ciszy po świętach”, tylko „kolejna runda”.

Bo oto Donald Trump, człowiek, który traktuje świat jak planszę do gry w Monopoly, staje przed kamerą i z powagą mówi, że cały Iran może zostać zniszczony w jedną noc. Mówi to tonem kelnera, który informuje, że deser może być dziś wyjątkowo słodki, jeśli klient się pospieszy. A potem, niemal w tym samym zdaniu, dodaje, że rozmowy trwają i że wolałby jednak nie niszczyć całego kraju.

To jest moment, w którym logika wychodzi z pokoju, zamyka za sobą drzwi i już nie wraca. Bo Trump nie tylko grozi. On robi coś znacznie bardziej niebezpiecznego – on jednocześnie odrzuca porozumienie, które mogłoby tę groźbę odsunąć. Dokument leży, mediatorzy czekają, świat patrzy, a on mówi: za mało.

Za mało, żeby nie wysadzić świata. I jeszcze do tego dorzuca wpis, w którym każe Irańczykom „otworzyć tę pier… cieśninę”, bo inaczej będzie piekło. To już nie jest dyplomacja. To jest człowiek z megafonem stojący na środku świata i krzyczący do wszystkich naraz, że albo zrobią, co chce, albo przewróci stolik.

I w tym momencie, dokładnie w tym momencie, kiedy świat balansuje na granicy groteski i tragedii, polska polityka robi to, co zawsze robi najlepiej – zaczyna własne przedstawienie. Na scenę wchodzi Donald Tusk. Nie biegnie, nie krzyczy, nie macha rękami. Wchodzi spokojnie, jak ktoś, kto wie, że im więcej hałasu wokół, tym mniej trzeba go dokładać. Mówi jedno: nie będziemy się wplątywać w cudzą wojnę. Krótko. Konkretnie. Bez fajerwerków.

I to wystarczy, żeby z drugiej strony sceny podniosła się kurtyna i wyszedł cały dwór Karola Nawrockiego. Dwór – bo trudno to nazwać inaczej. Rzecznicy, doradcy, ministrowie, eksperci od wszystkiego i od niczego. Ludzie, którzy mówią o „solidarności” tonem, jakby właśnie odkryli Amerykę, tylko że na mapie sprzed stu lat. Zaczyna się pyskówka, która przypomina kłótnię przy świątecznym stole, tylko że zamiast sałatki jarzynowej mamy cieśninę Ormuz, a zamiast wujka z Radomia – ludzi z dostępem do mikrofonów.

Tusk mówi: nie. Oni odpowiadają: trzeba. Tusk mówi: rozsądek. Oni mówią: obowiązek. I gdzieś w tym wszystkim ginie najprostsze pytanie: po co? Ale to pytanie w polskiej polityce jest traktowane jak herezja. Bo zaraz wchodzi on. Karol Nawrocki. Człowiek, który próbuje wyglądać jak prezydent, mówić jak strateg i działać jak ktoś, kto ma plan, a w praktyce przypomina kierownika budowy, który zgubił projekt i próbuje wmówić wszystkim, że to była koncepcja otwarta.

Zaprzysięga dwóch sędziów, czterech zostawia w zawieszeniu, a potem jego ludzie opowiadają z powagą, że wszystko jest analizowane. Analizowane. To słowo w polskiej polityce znaczy mniej więcej tyle, co „odłóżmy to, aż wszyscy zapomną”.

To nie jest państwo. To jest teatr cieni, w którym decyzje podejmuje się jak w kabarecie – najpierw żart, potem improwizacja, a na końcu ktoś próbuje to zapisać jako strategię. Nawrocki nie rządzi. On udaje, że rządzi.

Jest jak rekwizyt – wyniesiony na scenę, ustawiony pod światło i zupełnie zbędny, dopóki ktoś z tyłu nie zacznie nim poruszać. To jest różnica, jak  między lekarzem a kimś, kto tylko nosi biały fartuch i mówi, że wszystko jest pod kontrolą, kiedy pacjent właśnie przestaje oddychać.

I kiedy wydaje się, że ten spektakl osiągnął już poziom, którego nie da się przebić, wchodzi kolejny akt – medialny. Newsmax Polska. Telewizja, która jeszcze nie istnieje, a już zdążyła skłócić pół prawicy, wzbudzić plotki o rosyjskich pieniądzach i pokazać, że w świecie, w którym „telewizja jest przeżytkiem”, każdy bardzo chce mieć własną. Bo przeżytkiem jest tylko cudza telewizja. Własna jest zawsze przyszłością.

I nad tym wszystkim, jak nauczyciel patrzący na klasę, która próbuje ściągać od siebie nawzajem, stoi Radosław Sikorski i mówi jedno zdanie: „podejrzanie dogodny moment”.

I to zdanie załatwia więcej niż cała ta pyskówka razem wzięta. Bo pokazuje, że w polityce – tej prawdziwej – nie chodzi o to, kto krzyczy głośniej, tylko kto rozumie kontekst. A kontekst jest brutalny. Węgry tydzień przed wyborami, Orban grający strachem i sabotażem, Ameryka balansująca na granicy wojny z Iranem, Europa szukająca wspólnego języka, którego coraz częściej nie ma.

I w tym wszystkim Polska. Z jednej strony rząd, który próbuje utrzymać kraj poza konfliktem i mówi wprost: nie będziemy mięsem armatnim cudzych decyzji. Z drugiej strony obóz prezydencki, który jednocześnie blokuje instytucje państwa w kraju i opowiada o odpowiedzialności za świat.

To nie są dwa równoległe światy. To jest jedna polityka. Polityka ludzi, którzy mylą rolę państwa z rolą aktora w cudzym spektaklu. I dlatego nie trzeba tego powtarzać dwa razy. Wystarczy spojrzeć raz uważnie. I zobaczyć, kto naprawdę podejmuje decyzje, a kto tylko udaje, że je podejmuje. I właśnie dlatego ta scena jest tak niebezpieczna. Bo ona nie jest przypadkowa. Metoda polegająca na tym, żeby niczego nie rozstrzygać do końca, bo wtedy zawsze można udawać, że się jeszcze coś kontroluje.

I gdzieś obok, w ciszy, siedzą Chiny. Patrzą na to wszystko. Na Amerykę, która grozi i cofa się w tym samym zdaniu. Na Europę, która się spiera. Na Polskę, która krzyczy do siebie. Na Węgry, które grają własną operetkę bezpieczeństwa. I robią to, co robi się w takich sytuacjach najlepiej – czekają. Bo wiedzą, że największe imperia najczęściej nie przegrywają przez siłę przeciwnika, tylko przez własną pewność.

Wracam więc do stołu. Do ciszy. Do kota, który już nawet nie udaje, że go to obchodzi. I myślę o jednym zdaniu, które powinno być obowiązkowe dla każdego, kto bierze do ręki władzę większą niż pilot do telewizora.

„Nie wiem”.

Bo kiedy patrzę na Trumpa, który jedną ręką podpala, a drugą udaje, że negocjuje, kiedy patrzę na Nawrockiego, który traktuje państwo jak rekwizyt do własnej roli, kiedy patrzę na tę paradę pewności siebie – widzę coś znacznie groźniejszego niż brak wiedzy. Widzę ludzi, którzy są absolutnie przekonani, że wiedzą, a pewność w rękach ludzi, którzy nie rozumieją konsekwencji, nie jest już zapalniczką w składzie benzyny. To jest ktoś, kto stoi nad beczką z paliwem, trzyma zapałkę i mówi, że to tylko test.

I dlatego problemem nie jest to, że oni nie wiedzą. Bo w tej historii najgroźniejsze nie jest to, że ktoś może się pomylić, tylko że nikt nawet nie dopuszcza takiej możliwości.

Problemem jest to, że Nawrocki nie ma nawet tej jednej, elementarnej kompetencji – strachu przed własną niewiedzą.


  1. Elzbieta Sabik

    👏👏👏👏👏

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights