

Kiedy w piątek wszyscy normalni ludzie marzą już o tym, żeby odłożyć telefon, schować kalendarz i pomyśleć o schabowym, w Polsce dostajemy teatrzyk konstytucyjny z Nawrockim w roli samozwańczego sędziego. Tym razem prezydencki akolita Zbigniew Bogucki wyszedł przed kamery i odczytał, że minister Waldemar Żurek nie jest ministrem sprawiedliwości, ale „ministrem bezprawia”. Cóż za odkrycie. Gdyby Bogucki miał choćby pamięć złotej rybki, przypomniałby sobie, kto przez lata organizował prawny „ziobrolotek” – loterię, w której obywatel grał losem o uczciwy proces, a wygrywał chaos i dublerów w Trybunale.
Żurek wprowadza zmiany, które mają sprawić, że sprawy będą rozstrzygane szybciej, a obywatele wreszcie doczekają się wyroków wydanych przez legalne składy. Czyli próbuje posprzątać po tej samej ekipie, która latami topiła niezależne sądy w formalinie. A Nawrocki? Wzywa sędziów do „niezależności”. To tak, jakby sutener apelował do dziewczyn, by kierowały się moralnością. Facet, który idzie ręka w rękę z Ziobrą i Kaczyńskim, chce nagle być „strażnikiem Konstytucji”. Szkoda, że dopiero teraz, kiedy konstytucję już tyle razy używano jako ściereczki do propagandowego kurzu.
Prezydent i jego kancelaria wymachują wielkimi słowami: „ostentacyjny akt bezprawia”. Trzeba mieć tupet, żeby mówić to w kraju, gdzie przez osiem lat nominacje sędziowskie wyglądały jak giełda wymiany lojalności na stanowiska. Dziś ci sami architekci demolki oburzają się, że ktoś próbuje podnieść cegłę i poukładać fundamenty.
Na scenę wchodzi Kaczyński, który ocenia, że rozporządzenie Żurka to „złamanie konstytucji”. Ziobro dorzuca, że teraz wyroki będą „jak trzeba”. Panowie, litości. Wyście wymyślili system, w którym wyroki były jak trzeba dla władzy – a sędziowie, którzy się nie podobali, wylatywali z funkcji szybciej niż kurs złotego po konferencji Glapińskiego.
A teraz codzienny dodatek z zagranicy, bo świat, niestety, nie daje wytchnienia. Trump, z właściwą sobie subtelnością walca drogowego, postawił Hamasowi ultimatum: do niedzieli mają podpisać układ, bo inaczej „wybuchnie piekło, jakiego nikt nigdy nie widział”. Typowa amerykańska metafora: dyplomacja w wersji fast food, podawana na ostro i z colą. Hamas odpowiada, że się zastanowi. Tymczasem ostatni statek z flotylli próbującej przełamać blokadę Strefy Gazy został zatrzymany, bo miał problemy techniczne. Symboliczne – wolność tonie, zanim dopłynie.
Europa też się bawi w mocarstwo. Ursula von der Leyen ogłasza, że 140 miliardów euro z rosyjskich funduszy zostanie przekazane Ukrainie. Kreml nazywa to „kradzieżą”, Bruksela – „pożyczką reparacyjną”. Czyli pożyczka, której się nie oddaje, bo dłużnik woli grozić rakietami niż podpisywać weksle. Ukraina dostanie pieniądze, Europa zarobi na sprzedaży broni, a Putin będzie się pieklił, cytując Puszkina i marząc o czasach, kiedy Stalin mógł wejść wszędzie bez pytania o pozwolenie.
A propos Niemców: nad ich głowami lata 270 szpiegowskich dronów. Bundeswehra patrzy i mówi: „nie strzelamy, bo to niebezpieczne”. Nowa doktryna: obrona przez nieczynność. To tak, jakby ktoś włamywał się do mieszkania, a lokator stwierdził, że nie może dzwonić na policję, bo hałas syreny mógłby obudzić sąsiadów.
W Polsce CBA zatrzymuje księdza i jego kompanię za wyłudzanie milionów na fikcyjne darowizny. Tak, znowu. Kościół katolicki udowadnia, że nie ma sytuacji, w której nie da się wyciągnąć prowizji. Zbawienie – 30 tysięcy na konto, zwrot w gotówce, dusza w gratisie.
A Donald Tusk? Nadal żyje, rządzi i nie wygaduje bzdur. Wprowadza Radę Fiskalną, która ma być jak księgowa z ADHD – sprawdzać każdą złotówkę, zanim wpadnie do jakiegoś funduszu patriotyczno-narodowego. Normalność w tym kraju wygląda dziś jak cnota – rzadka, podejrzana i warta odnotowania.
Tymczasem w szkołach uczniowie gremialnie uciekają z zajęć z edukacji zdrowotnej. Nie z powodów ideologicznych, ale dlatego, że lekcje są na ósmą rano albo na ostatniej godzinie. Polska szkoła od lat przegrywa z budzikiem i autobusowym rozkładem jazdy. W lubelskim frekwencja to 27 proc., we Wrocławiu 8 proc., w gdańskich technikach 9 proc. Nauczyciel, jeśli ma autorytet, potrafi przyciągnąć 80 proc. klasy – czyli cud w skali systemu. Reszta to smętna statystyka, która pokazuje, że reforma edukacji zdrowotnej była równie przemyślana jak dieta składająca się z samego kebaba i energetyka. Eksperci mówią: trzeba obowiązkowych zajęć i ewaluacji programu. Czyli – znowu: generalny remont, a nie kwiatki w doniczce.
Do tego Polska dostaje 60 milionów złotych z NATO na budowę rurociągu paliwowego. Super, tylko że będzie gotowy za 7 lat. Czyli szybciej powstaje nowy sezon „Wiedźmina” niż strategiczna infrastruktura. Do tego drony zakłóciły loty w Monachium, w Belgii latały nad bazą wojskową, a w Kalifornii rafineria wybuchła „jak trzęsienie ziemi”. Świat staje się katalogiem nieszczęść, w którym co rusz dochodzi nowa pozycja.
A w Luksemburgu nowy Wielki Książę Guillaume włożył koronę po ojcu Henryku, który abdykował po 25 latach. Miła odmiana – ktoś odchodzi dobrowolnie, a nie wynoszą go nogami do przodu albo w kajdankach. W Kościele Anglii za to pierwsza kobieta została arcybiskupem Canterbury. Polska mogłaby się uczyć, że zmiany nie muszą boleć – choć u nas nawet zmiana dzwonka w szkole potrafi być politycznym problemem.
Podsumowując: Nawrocki chce wojny z logiką, Żurek sprząta po demolce, Trump grozi piekłem, Putin cytuje poetów, Niemcy boją się własnego nieba, księża bawią się w mafię VAT-owską, uczniowie rezygnują z lekcji zdrowia, NATO buduje rury w żółwim tempie, a książę w Luksemburgu zmienia się jak w bajce. Wszystko w jeden piątek. Świat nie jest szalony – on tylko robi sobie żarty z naszej pamięci.
A my? My możemy się już tylko śmiać. Bo jeśli się nie śmiać, to co? Płakać z Nawrockim w tle? Nie ma takiej potrzeby.

Dodaj komentarz