PATRZĄC NA POLSKĘ

Warszawa

Kończę właśnie powoli mój kanadyjski epizod, siedząc przy biurku w Rotman School of Management, gdzie kilka godzin temu wygłosiłem ostatni wykład dla studentów, którzy – ku mojemu lekkiemu zdumieniu – potrafią jeszcze słuchać profesora przez dziewięćdziesiąt minut bez zerkania co trzy sekundy w telefon, a teraz patrzę przez okno na spokojne ulice Toronto i myślę z pewnym melancholijnym rozbawieniem, że za kilka dni wracam do kraju, który coraz częściej przypomina nie państwo, lecz spektakl polityczny wystawiany bez przerwy, dzień i noc, przez trupy aktorskie składające się z ludzi śmiertelnie poważnych, choć grających w farsie.

Mam siedemdziesiąt dwa lata i człowiek w tym wieku zaczyna rozumieć jedną rzecz: polityka zawsze była trochę komedią, trochę tragedią, a trochę jarmarkiem próżności, ale rzadko zdarza się, by wszystkie trzy gatunki teatralne występowały jednocześnie i w takiej intensywności jak dzisiaj nad Wisłą.

Zanim jednak wrócę do tego nadwiślańskiego teatru absurdu, czeka mnie jeszcze podróż przez Atlantyk, a potem Warszawa, gdzie w mieszkaniu czeka na mnie PanKot Freud, czarny jak noc złośliwiec z cukrzycą, który trafia pod moją opiekę zawsze wtedy, gdy moja była żona rusza w świat, oraz dwie córki, z którymi spędzimy święta, próbując udawać, że wszystko jest w porządku, choć w telewizji znowu będą mówić o kryzysie konstytucyjnym, zamachu stanu albo innym wynalazku polskiej politycznej wyobraźni.

Przyznam szczerze, że wracam do kraju trochę jak człowiek, który z daleka oglądał przez kilka tygodni wielki pożar i teraz musi wejść do domu, żeby sprawdzić, czy jeszcze stoją ściany.

Bo z perspektywy Toronto Polska wygląda dziś jak laboratorium, w którym politycy prowadzą eksperyment na instytucjach państwa, a obywatele są w tej historii czymś w rodzaju statystów, którzy mają tylko reagować na kolejne odcinki serialu.

Najlepszym przykładem jest ostatnia awantura wokół programu SAFE, czyli europejskiego mechanizmu finansowania obronności, który dla większości krajów Unii jest po prostu praktycznym narzędziem budowania bezpieczeństwa, natomiast w Polsce stał się kolejnym polem bitwy pomiędzy rządem, prezydentem i całą galerią politycznych bohaterów drugiego planu.

W tej historii szczególnie interesująca jest rola prezesa Narodowego Banku Polskiego, Adama Glapińskiego, który – jak opowiadają ludzie z jego otoczenia – postanowił jednocześnie pomóc prezydentowi i nie zrazić do siebie premiera, co w praktyce przypominało próbę jednoczesnego tańczenia z dwiema orkiestrami grającymi różne melodie.

Glapiński, człowiek o słabości do złota i anegdot o własnej młodości sportowej, postanowił nagle ogłosić, że Polska mogłaby finansować zbrojenia nie z europejskich kredytów, lecz z zysków Narodowego Banku Polskiego wynikających z rosnącej ceny kruszcu.

Pomysł był w gruncie rzeczy piękny w swej prostocie, ponieważ sprowadzał się do przekonania, że skoro złoto zdrożało, to można z tej drożyzny zrobić program polityczny, a jeśli przy okazji pomoże to prezydentowi zawetować ustawę o SAFE, tym lepiej.

Problem polegał jedynie na tym, że w całej tej operacji prezes banku centralnego wpadł w sam środek wojny między Pałacem Prezydenckim a rządem Donalda Tuska, a kiedy polityczne armaty zaczęły strzelać, nagle okazało się, że pomysł ze złotem przestał kogokolwiek szczególnie interesować.

Tak wygląda polska polityka widziana z daleka: ludzie poważni, w garniturach, z tytułami i urzędami, wpadają w sam środek awantury, której nikt do końca nie kontroluje, a potem próbują udawać, że wszystko odbywa się według planu.

Ale gdy tylko człowiek zacznie przyzwyczajać się do jednego kryzysu, pojawia się następny.

Sejm wybiera nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a w Pałacu Prezydenckim zaczyna się dyskusja, czy w ogóle należy odebrać od nich ślubowanie.

W normalnym państwie byłaby to czynność ceremonialna trwająca kilka minut.

W Polsce może to być początek kolejnej wojny o to, kto właściwie jest sędzią, kto nim nie jest, a kto jest sędzią tylko w połowie, co w praktyce oznacza, że instytucja, która miała pilnować konstytucji, coraz bardziej przypomina ruinę, do której politycy dorzucają kolejne ładunki dynamitu.

Ktoś powie, że to wszystko wina jednej partii, ktoś inny, że drugiej, ale prawda jest taka, że polska klasa polityczna od dawna traktuje państwo jak wielką planszę do gry, na której pionki przesuwa się nie według zasad prawa, lecz według potrzeb chwili.

Wystarczy spojrzeć na aferę Collegium Humanum, gdzie dyplomy MBA rozdawano samorządowcom z taką hojnością, jakby były kuponami promocyjnymi do supermarketu, a potem okazało się, że dzięki tym dyplomom można było trafiać do rad nadzorczych spółek i zarabiać pieniądze za pilnowanie interesu publicznego, którego nikt w rzeczywistości nie pilnował.

Partie polityczne oburzają się na siebie nawzajem, ale mechanizm jest zawsze podobny: stanowiska, rady nadzorcze, instytucje publiczne stają się nagrodą w systemie lojalności, w którym najdroższą walutą jest zaufanie do partyjnego przełożonego.

A nad tym wszystkim unosi się jeszcze jedna opowieść, bardziej groteskowa niż wszystkie poprzednie, czyli historia o tym, jak Jarosław Kaczyński – człowiek, który od lat zarządza polską prawicą jak surowy dyrektor objazdowego teatru – namaszcza kolejnych kandydatów na premiera, testując ich jak aktorów podczas prowincjonalnego castingu do roli Hamleta, choć sztuka, którą wystawiają, jest w istocie farsą o rozbijaniu instytucji państwa.

Tym razem padło na Przemysława Czarnka, człowieka, który mówi o nowoczesnej Polsce z taką samą nostalgią, z jaką kolekcjonerzy wspominają lampy naftowe, i który w pierwszych wystąpieniach zaproponował powrót do węgla jako fundamentu polskiej energetyki, jakby świat zatrzymał się gdzieś pomiędzy parowozem a pierwszym telewizorem Rubin. Ten pomysł natychmiast uruchomił festiwal prawicowej fantazji, gdzie Grzegorz Braun wygłasza swoje tyrady z miną kaznodziei ogłaszającego koniec cywilizacji, a Sławomir Mentzen – z uśmiechem księgowego, który właśnie odkrył nowy sposób na uniknięcie podatku – sprzedaje wyborcom uproszczone recepty na świat tak skomplikowany, że aż boli od myślenia. Całość przypomina jarmark idei, na którym każdy krzyczy głośniej od poprzedniego sprzedawcy, choć na stołach leżą wciąż te same stare towary: strach, gniew i obietnica wielkiej narodowej krucjaty przeciw rzeczywistości.

Patrząc na to wszystko z kanadyjskiego dystansu, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy polska polityka nie przypomina trochę dawnych widowisk typu battle royale, w których kilku zawodników wchodziło na ring i biło się tak długo, aż na nogach pozostawał tylko jeden.

Różnica polega tylko na tym, że w polskiej wersji tej walki ringiem jest państwo, a publicznością trzydzieści kilka milionów obywateli, którzy chcieliby po prostu normalnie żyć.

A tymczasem świat biegnie dalej.

W poniedziałek dowiadujemy się na przykład, że w Polsce urodziło się w zeszłym roku zaledwie 238 tysięcy dzieci, a współczynnik dzietności spadł do poziomu 1,1, co oznacza, że jeśli nic się nie zmieni, naród zacznie się kurczyć szybciej, niż politycy zdążą napisać kolejne programy naprawcze.

Rząd próbuje więc zaproponować coś, co nazwano roboczo „SAFE mieszkaniowym”, czyli system tanich kredytów na budowę mieszkań społecznych i komunalnych, dzięki któremu młoda rodzina w dużym mieście mogłaby wynająć mieszkanie za około 1200 zł miesięcznie.

Jednocześnie Polacy patrzą na ceny paliw rosnące po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej i w sondażach odpowiadają, że wolą droższe tankowanie niż zniesienie sankcji na rosyjską ropę, co pokazuje, że nawet w czasach zmęczenia polityką istnieją jeszcze jakieś granice kompromisu.

Do tego dochodzi wiadomość z Lubelszczyzny, gdzie w lesie znaleziono szczątki drona lub rakiety, przypominające wszystkim, że wojna na wschodzie Europy nie jest abstrakcyjną dyskusją w studiu telewizyjnym, lecz realnym zagrożeniem.

A gdzieś obok tego wszystkiego trwa jeszcze życie kulturalne, bo w Los Angeles rozdano właśnie Oscary, a film „Jedna bitwa po drugiej” zdobył sześć statuetek, co jest piękną metaforą naszych czasów, bo wygląda na to, że również w polityce żyjemy dziś w epoce jednej bitwy po drugiej.

Siedzę więc w Toronto, pakuję książki do walizki i myślę, że za kilka dni znowu będę brodził w tym polskim błocie, obserwując z bliska ludzi, którzy z powagą mówią o państwie, a jednocześnie traktują je jak scenę dla własnych sporów.

A wieczorem włączam jeszcze dla sportu polskie wiadomości, bo człowiek na emigracji zawsze ma tę dziwną słabość do ojczyzny oglądanej przez ekran, i wtedy zaczyna się prawdziwy spektakl, w którym paski informacyjne pełnią rolę chóru w greckiej tragedii, tylko że zamiast patosu mamy tam raczej jarmark emocji.

Na dole ekranu suną więc zdania krótkie, krzyczące i triumfalne, jak transparenty niesione przez pochód politycznych kibiców, przy czym szczególnie bujnie kwitnie to widowisko w telewizjach, które od dawna porzuciły nawet pozory informacyjnej powściągliwości – w TV Republika i w Trwam te paski nie są już dodatkiem do wiadomości, lecz ich właściwą treścią. Tam każde zdanie brzmi jak werbel przed bitwą, każde słowo jest nabite emocją jak kiełbasa czosnkiem, a sens całej operacji polega na tym, by widz poczuł się uczestnikiem oblężenia twierdzy zwanej Polską. Jedni więc ogłaszają kolejny „zamach na demokrację”, drudzy triumfują, że „Polska się broni”, trzeci zapowiadają „historyczne starcie”, a czwarty już wieszczą koniec państwa, jakby konstytucja była porcelanową filiżanką, która spadła ze stołu i roztrzaskała się o podłogę.

Patrzę na te paski z rosnącym rozbawieniem, bo przypominają one nie wiadomości, lecz reklamy cyrku, w którym za chwilę na arenę wyjdzie kolejny polityczny akrobata, zrobi salto przez konstytucję, potknie się o regulamin Sejmu i jeszcze zdąży ogłosić zwycięstwo, a w tle spikerzy z minami proroków będą tłumaczyć widzom, że właśnie oglądają dziejową bitwę dobra ze złem, choć w istocie patrzą na polityczną potańcówkę w remizie, gdzie każdy chce być jednocześnie wodzirejem i orkiestrą.

I nagle dociera do mnie, że polska polityka coraz mniej przypomina poważną debatę o państwie, a coraz bardziej teatr objazdowy, który rozstawia swój namiot w kolejnych miastach, sprzedaje bilety w postaci sondaży, a potem pokazuje publiczności ten sam numer: trochę patriotyzmu, trochę oburzenia, trochę strachu i dużo krzyku.

W pierwszym rzędzie siedzą wyborcy, w drugim eksperci, w trzecim dziennikarze, a na scenie politycy wciąż grają tę samą sztukę, w której każdy jest bohaterem własnej opowieści, choć z widowni coraz wyraźniej widać, że to raczej kabaret niż tragedia.

I tylko PanKot Freud, gdy wrócę do Warszawy, spojrzy na mnie zapewne z typową dla kotów pogardą, przeciągnie się leniwie na parapecie i spojrzy w stronę telewizora tak, jak patrzy się na zbyt głośną orkiestrę.

Bo kot, w przeciwieństwie do polityka, wie jedną prostą rzecz: jeśli spektakl trwa zbyt długo i nikt już nie pamięta, o czym była pierwsza scena, to znaczy, że nie mamy do czynienia z wielkim dramatem narodowym, tylko z objazdowym teatrem, który dawno zapomniał, po co w ogóle przyjechał.

A publiczność siedzi jeszcze chwilę w półmroku, patrzy na pustą scenę i zaczyna powoli rozumieć, że największym żartem tego spektaklu jest to, iż wszyscy gramy w nim statystów, choć bilety sprzedano nam jako udział w wielkiej historii.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights