


Gdyby Polska 2050 była teleturniejem, to na pewno prowadziłby go Szymon Hołownia. A zamiast pytań byłoby moralizowanie, zamiast nagród – stanowiska w radach nadzorczych, a uczestnicy zamiast odpowiedzi dawali… wykresy poparcia spadające szybciej niż entuzjazm po expose.
Polska 2050 zaczynała jako czysta kartka. Szkoda, że pisali na niej ludzie z bazaru, flamastrem i to lewą ręką. Szymon Hołownia, ex-showman, ex-kandydat na mesjasza, aktualnie emerytowany zbawca narodu, zbudował ugrupowanie na fundamencie uśmiechu, słodkiego oburzenia i pustych sloganów. A potem, niczym Jezus w przypowieści o talentach, zakopał swoje trzy punkty procentowe i oddał pałeczkę w ręce ludzi, którzy nie umieliby poprowadzić nawet zebrania wspólnoty mieszkaniowej.
Nie zapomnijmy o jego nocnym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Bielana, które miało być jak rozmowa apostoła z Lucyferem. O czym rozmawiali? O Polsce? O wartościach? A może o tym, czy da się kupić pokój w polityce jak w hotelu — płacąc kartą lojalnościową. Spotkanie z Kaczyńskim nie przyniosło oświecenia, tylko załamanie światła. Od tego momentu Hołownia zaczął się staczać z ambicją olimpijczyka i wdziękiem łyżwiarza figurowego po kontuzji.
A Komisarzem ONZ nie został. Bo świat jednak potrzebuje ludzi z realnym dorobkiem, nie z archiwum TVN i kontem na Instagramie. Jego kandydatura była jak próba obsadzenia człowieka z reklam pasty do zębów na stanowisku chirurga – niby uśmiech ma, ale operować nie potrafi.
Najpierw Michał Kobosko – jedyny polityk, który potrafi jednocześnie nie istnieć i być wszędzie. Twarz tak neutralna, że mogłaby występować w reklamach leków jako „przed” i „po” bez zmiany mimiki. Potem pojawiły się kobiety nowej ery: Paulina Hennig-Kloska, Joanna Mucha i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Każda z ambicją, każda z wizją, każda z problemem.
Pełczyńska-Nałęcz to chodząca deklaracja polityczna: dużo słów, mało powietrza. Ministerka Funduszy, która myśli, że stanowiska państwowe to program lojalnościowy: zbierz pięć pieczątek, a dostaniesz SIM. Twarz reformy, która zapomniała, że odpolitycznienie państwa to nie znaczy „daj stanowiska tylko swoim, ale po cichu”. Kłóci się z Tuskiem, próbuje wymusić nominację na wicepremierkę, jak dziecko lizaka w sklepie z dyplomacją. Grozi odejściem z koalicji, jakby miała w ręku atomowy przycisk, a nie mokry kapiszon.
Jej relacje z Donaldem Tuskiem przypominają próbę wciągnięcia słonia na trampolinę – napięcie rośnie, a efekt końcowy będzie tylko jeden: spektakularne trzask i nikt nie wie, co dalej.
Hennig-Kloska to z kolei polityczny miraż. Czasem w rządzie, czasem w opozycji wobec własnej partii, czasem w Koninie. Zarządza resortem środowiska tak sprawnie, że pracownicy modlą się o suszę, bo gdy pada deszcz lub śnieg, to już za dużo pracy. Jej ministerialne występy to kabaret dla znudzonych urzędników i dramat dla energetyki. Najpierw wiatraki – miały być przełomem, a wyszła wichura legislacyjna. Potem prąd – opowieść o „zielonej transformacji” bez planu i kabla. Jej konferencje brzmią jak reklama sprzętu AGD: dużo przycisków, ale nikt nie wie, co robią.
Ma ambicje, to prawda. Ale czy są do czegoś dopasowane? Może do gabinetu, ale niekoniecznie do stanowiska.
A Joanna Mucha? Polityczna wersja hitu z 2011 roku, tylko że bez remiksu. Specjalistka od zmiany partii. PO? Była. Polska 2050? Jest. A kto wie, co przyniesie poniedziałek. Poglądy zmienne jak pogoda w maju, ale przekonanie o własnej nieomylności twardsze niż lakier na paznokciach. Patrzy na konkurentów z wyższością godną cesarzowej – choćby była to tylko cesarzowa trzeciego rzędu.
I nagle wraca Ryszard Petru. Człowiek, którego kariera polityczna przeżywa renesans co pięć lat jak moda na dżinsy dzwony. Ale przynajmniej jeden ma w tej partii rozum, ekonomiczny sznyt i odwagę powiedzieć coś sensownego. Czy to go uratuje? Niekoniecznie. Polska 2050 to statek, który tonie z klasą, ale tonie.
Bo to już nie partia. To zbiór osobnych karier, każda z własnym torem, ale wspólnym szyldem. Ktoś dostaje posadę, ktoś inny focha, ktoś jeszcze inny planuje jak podkopać konkurencję. O demokracji wewnątrzpartyjnej mówią z taką powagą, z jaką dzieci rozmawiają o jednorożcach.
Z partii idei został tylko logotyp i hasło sprzed kampanii: „Polska przyszłości”. I rzeczywiście – jeśli tak ma wyglądać przyszłość, to może lepiej zostać w przeszłości.
A jak się to wszystko skończy? Zapewne spektakularną kłótnią o nazwę i hasztag. Polska 2050 zostanie zmieniona na „Polska 5 do 0” — wynik najbliższych wyborów. I może jeszcze na koniec Hołownia znów wyjdzie do kamery, spojrzy prosto w obiektyw i powie: „Nie o taką przyszłość walczyliśmy”. I pewnie będzie miał rację. Tylko kto jeszcze będzie słuchał?

Dodaj komentarz