


Dzień ma swoją godność. Kawa stoi spokojnie na stole, papieros żarzy się jak mała, prywatna rewolucja, a świat – jeszcze przez chwilę – udaje, że wszystko jest na swoim miejscu. Dym idzie w górę, elegancko, bez komisji, bez projektu ustawy, bez opinii trzech ministerstw. Gdyby państwo działało jak ten dym, bylibyśmy Szwajcarią z widokiem na Bałtyk.
Ale państwo nie działa jak dym z papierosa.
Państwo działa jak ktoś, kto widząc dym, powołuje zespół do spraw kierunku jego unoszenia się.
I oto budzimy się w rzeczywistości, w której Sejm bierze się za zdrowie obywatela z taką czułością, z jaką dentysta bierze się za ząb – czyli wiadomo, że będzie bolało, tylko jeszcze nie wiemy gdzie. Projekt zakazu jednorazowych e‑papierosów i saszetek nikotynowych wchodzi na scenę jak bohater moralitetu: trochę zbawiciel, trochę urzędnik, trochę księgowy, który w przerwie między troską o młodzież sprawdza wpływy z akcyzy.
I nagle wszystko się komplikuje, bo okazuje się, że nikotyna to nie tylko nikotyna. To rolnik, który sadzi tytoń. To budżet, który liczy wpływy. To przedsiębiorca, który pisze list, że jak tak dalej pójdzie, to on też zacznie palić – tylko już mosty za sobą. Zdrowie miesza się z pieniędzmi, pieniądze z polityką, polityka z pozorami troski. I w tym kotle ktoś próbuje jeszcze znaleźć logikę.
To jest moment, w którym pojawia się polski geniusz legislacyjny – słowo „zrównoważenie”. Słowo, które brzmi jak rozsądek, a w praktyce oznacza, że każdy dostanie po trochę i nikt nie będzie zadowolony. Trochę zakazów, trochę wyjątków, trochę podatków, trochę ulgi. Państwo jak kucharz, który wrzuca do garnka wszystko, co znajdzie, a potem mówi, że to kuchnia fusion.
W międzyczasie, jakby na złość tej całej trosce o zdrowie i umiar, przez Polskę przejeżdża z prędkością 200 kilometrów na godzinę pewien poseł. Nie metaforycznie. Dosłownie. Łukasz Mejza, człowiek, który uzbierał 163 punkty karne, czyli wynik, przy którym kierowcy Formuły 1 zaczynają się zastanawiać, czy nie przesadza.
I teraz najlepsze.
On się z tego tłumaczy. Nie czerwieni się, nie milknie, nie znika. On opowiada. Że listy przychodziły nie tam. Że sprawy stare. Że się skumulowało.
To nie jest polityk.
To jest człowiek, który pomylił państwo z odcinkiem autostrady bez ograniczeń – i dalej nie zauważył, że już dawno wjechał w ścianę.
To jest ten moment, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że w Polsce nawet prędkość jest względna. Bo 200 km/h to nie jest wykroczenie. To jest opinia.
Państwo oczywiście reaguje. Zabiera prawo jazdy, wysyła na egzamin, każe się badać. Czyli robi wszystko, żeby człowiek przestał prowadzić samochód. I ani przez chwilę nie przychodzi mu do głowy, że może należałoby też odebrać mu dostęp do mikrofonu.
Bo największą prędkością w tym kraju nie jest prędkość na drodze. Największą prędkością jest tempo, w jakim bzdura wyprzedza rozsądek.
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, wchodzi Europa. Cała na biało, spokojna, wyważona, z tym swoim irytującym zwyczajem mówienia rzeczy sensownych. Trybunał (TSUE) mówi: patrzmy całościowo, nie każda wada oznacza katastrofę, świat jest bardziej skomplikowany.
I nagle zapada cisza. Bo ktoś właśnie włączył światło w pokoju, w którym wszyscy przyzwyczaili się siedzieć po ciemku. A jak światło się zapala, to widać wszystko. Że ustawy pisze się pod presją. Że decyzje zapadają na skróty. Że polityka coraz częściej przypomina rozmowę przy stoliku, przy którym nikt nie słucha, tylko każdy czeka, aż będzie mógł powiedzieć swoje.
I jeszcze Budapeszt. Orban. I nasz krajowy eksportowy geniusz powagi – Nawrocki.
I w tym momencie wchodzi Donald Tusk, bez metafor, bez poetyki, za to z precyzją chirurga: mówi wprost, że ta wycieczka odbyła się wbrew rekomendacji rządu i wbrew oczywistym interesom Polski. Przypomina, że Viktor Orban blokuje Polsce miliardy euro i buduje państwo, które pachnie korupcją jak stara popielniczka. I wreszcie rzuca zdanie, które brzmi jak liść wymierzony w biały dzień: „jest pan prezydentem Polski i ma pan obowiązki polskie, a nie rosyjskie”.
Orban i Nawrocki – jeden udaje stratega Europy, drugi udaje prezydenta państwa środka ciężkości, a obaj wyglądają jak dwóch chłopców, którzy znaleźli mapę świata i uznali, że to plansza do gry w chińczyka.
Orban buduje system, który pachnie korupcją jak stara popielniczka tanim tytoniem.
Karol Nawrocki natomiast zachowuje się tak, jakby polityka zagraniczna była ustawką pod stadionem – dużo krzyku, mało sensu i przekonanie, że kto głośniej, ten ma rację. To nie jest prezydent, to jest kibol w garniturze, który pomylił Radę Bezpieczeństwa Narodowego z sektorem gości i dalej próbuje gwizdać na rzeczywistość.
A mimo to jedzie do Orbana. Bo tradycja. Bo przyjaźń. Bo fotografia.
Bo w polityce, jak w życiu, najważniejsze jest czasem to, żeby dobrze wyjść na zdjęciu – nawet jeśli wychodzi w rzeczywistości się głupio.
I wszystko toczy się dalej. Rolnicy się martwią. Przedsiębiorcy piszą. Politycy jeżdżą. Trybunały tłumaczą.
A obywatel siedzi na tarasie, patrzy na ten spektakl i powoli dochodzi do wniosku, że jedyną rzeczą, która w tym kraju naprawdę działa, jest ironia.
Bo Polska przypomina dziś popielniczkę po długiej, ciężkiej nocy. Pełną niedopałków decyzji, niedopałków odpowiedzialności, niedopałków rozsądku. Ktoś co chwilę ją opróżnia, z powagą mówi „robimy porządek”, a potem dorzuca kolejnego papierosa i zaczyna od nowa.
I kiedy człowiek gasi tego swojego porannego papierosa, patrzy na ten cały kraj i myśli sobie jedno.
Nie czy zakazać.
Nie czy opodatkować.
Nie czy zrównoważyć.
Tylko czy my jeszcze kontrolujemy ten ogień – czy już tylko siedzimy spokojnie i patrzymy, jak wszystko się dopala.
Bo prawda jest taka, że w tym kraju nie ma problemu z dymem.
Problem polega na tym, że za dużo ludzi trzyma zapalniczkę – i żaden nie ma pojęcia, co właściwie podpala.

Dodaj komentarz