PAŃSTWO W TRYBIE ABSURDU, CZYLI JAK ZROBIĆ PORZĄDEK, NIE RUSZAJĄC SIĘ Z MIEJSCA

Warszawa

Są takie momenty w historii państw, kiedy wszystko jeszcze stoi, budynki się nie zawaliły, flagi wiszą, urzędy działają, tylko sens już dawno wyszedł, trzasnął drzwiami i zostawił kartkę: „radźcie sobie sami”. I właśnie w takim momencie jesteśmy — w kraju, który działa, ale tylko formalnie, jak trup w garniturze, elegancki, wyprostowany i kompletnie martwy.

Bo oto mamy sytuację, która powinna być studiowana nie na wydziałach prawa, tylko na oddziałach psychiatrii sądowej, z dopiskiem: „przypadek ciężki, ale pacjent upiera się, że wszystko jest w normie”.

Sędziowie złożyli ślubowanie. Prezydent twierdzi, że nie złożyli. Prezes Trybunału mówi, że ich nie widzi. A minister tłumaczy to wszystko z powagą człowieka, który najwyraźniej uznał, że rzeczywistość jest sugestią, a nie faktem.

To już nie jest spór. To jest konkurs w zaprzeczaniu oczywistościom. I w tej konkurencji prezydent postanowił iść po złoto. Nie przyjął ślubowania, bo może. Nie ma terminu, bo wygodnie. Nie musi niczego robić, bo odkrył genialną sztuczkę: jeśli nic nie robisz, nikt nie może ci zarzucić, że zrobiłeś coś źle.

To jest ten poziom władzy, na którym bezczynność udaje zasadę, a upór przebiera się za konstytucję.

Obok stoi jego nadworny tłumacz rzeczywistości, który z miną wykładowcy prawa konstytucyjnego opowiada narodowi, że jeśli coś wydarzyło się nie tak, jak on sobie wyobrażał, to w zasadzie się nie wydarzyło. I że akt ślubowania można porównać do dowolnej fantazji — cesarza, króla, imperatora — byle tylko nie przyznać, że to, co się stało, się po prostu stało.

To jest moment, w którym język przestaje opisywać świat, a zaczyna go fałszować z taką pewnością siebie, że aż robi się nieswojo.

A potem na scenę wchodzi prezes Trybunału — człowiek, który właśnie ustanowił nowy standard logiki urzędowej.

Spotyka się z sędziami. Gratuluje im wyboru. Rozmawia z nimi. Pije z nimi wodę. A następnie oznajmia, że… nie istnieją jako sędziowie.

To już nawet nie jest absurd. To jest administracyjna magia: rozmawiasz z kimś twarzą w twarz, a potem ogłaszasz, że jego status prawny jest zawieszony, bo nie dostałeś odpowiedniego sygnału od innego urzędnika.

Nie decyzji. Nie aktu. Sygnału. Jakby państwo było czatem grupowym, w którym ktoś zapomniał kliknąć „zatwierdź”.

I nagle okazuje się, że żeby zostać sędzią, nie wystarczy być wybranym przez Sejm, nie wystarczy złożyć ślubowania, nie wystarczy spełnić wszystkich wymogów prawa. Trzeba jeszcze trafić w czyjś nastrój. W czyjąś interpretację. W czyjąś chwilową łaskę.

A jeśli nie trafisz — to trudno. Państwo poczeka. Prawo poczeka. Instytucje poczekają. Wszystko może poczekać, bo ktoś uznał, że tak będzie wygodniej.

Najbardziej groteskowe jest to, że wszyscy uczestnicy tej farsy mówią o praworządności z miną ludzi, którzy właśnie ją wynaleźli.

Prezydent ignoruje oczywisty obowiązek i mówi, że broni konstytucji. Minister opowiada prawne bajki i mówi, że stoi na straży prawa. Prezes Trybunału wybiera, kogo uznać, a kogo nie, i mówi, że działa zgodnie z ustawą.

To już nie jest hipokryzja. To jest pełnowymiarowy teatr, w którym każdy gra rolę obrońcy zasad, jednocześnie je rozmontowując.

I gdzieś w tym wszystkim pojawia się pytanie, które brzmi jak ostatni sygnał rozsądku:

Kto zrobi z tym porządek?

Odpowiedź jest brutalna, ale przynajmniej szczera.

Nikt.

Bo system, w którym jedna osoba może zablokować funkcjonowanie instytucji, nie jest systemem — jest kaprysem w garniturze.

Bo państwo, w którym decyzje zastępuje się humorem, a obowiązki interpretacją, nie jest państwem prawa — jest improwizacją na żywo.

Bo Trybunał, który uzależnia istnienie sędziego od informacji przekazanej przez inny urząd, nie jest sądem — jest recepcją z nadmiarem ambicji.

I tak oto dochodzimy do miejsca, w którym granice zostały nie tyle przekroczone, co po prostu wymazane.

Można ignorować przepisy. Można ignorować fakty. Można ignorować rzeczywistość.

Wystarczy mieć stanowisko i wystarczająco dużo pewności siebie.

A potem, z absolutnie poważną miną, mówić o odpowiedzialności.

Najbardziej niepokojące jest to, że to wszystko dzieje się bez huku, bez dramatycznych gestów, bez wielkich słów. To nie jest spektakularny kryzys.

To jest powolne rozkręcanie państwa śrubka po śrubce, aż w końcu wszystko się rozpadnie, a ktoś wzruszy ramionami i powie: „przecież to nie ja”.

I właśnie dlatego robi się naprawdę groźnie.

Bo kiedy wszyscy mówią spokojnie, a jednocześnie przestają obowiązywać zasady, to znaczy, że chaos już nie nadchodzi.

On już tu jest.


  1. Jolanta Zarek

    Ten chaos jest od momentu gdy pewien mały człowiek zapragnął być emerytowanym zbawcą narodu🥲

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights