
Pamiętam dobrze ten styczeń 2001 roku. W telewizji pokazywano trzech panów w garniturach, którzy ogłaszali powstanie nowej formacji politycznej. „Platforma Obywatelska” brzmiało świeżo, europejsko, nieco technokratycznie, ale z zarysem idei. Dziś – po niemal ćwierćwieczu – Tusk stoi znów na czele tej samej formacji, która, jak wiele rzeczy w Polsce, przeszła przez ognie zmian, kryzysów i konieczności redefinicji.
PO nie jest już partią „młodych i wykształconych z dużych miast”. Jest partią, która nauczyła się funkcjonować w nieprzyjaznym systemie i od lat nosi brzemię bycia zaporą przed tym, co PiS zrobiłoby z państwem bez żadnej kontroli. Życie w roli opozycji totalnej nie dało jej ani lekkości, ani rozmachu, ale pozwoliło przetrwać. I to nie jest mało.
Bo przecież PiS przez osiem lat robił wszystko, by zmienić Polskę w republikę jednego wodza. Jarosław Kaczyński zbudował system, w którym sądy stawały się atrapą, prokuratura była państwową pałką, media publiczne tubą agitacyjną, a każdy, kto nie klaskał, stawał się „wrogiem narodu”. To nie był teatr polityki – to było brutalne przejmowanie instytucji, często przy akompaniamencie konfederackich szarż i bredni Grzegorza Brauna o „oparach lucyferycznych”.
Nie chodziło już nawet o konserwatyzm – chodziło o władzę. Władza miała być cała – i miała trwać wiecznie. Do tego celu prowadziła każda reforma, każdy pozornie drobny ruch kadrowy, każde okno transferowe do Trybunału Konstytucyjnego. A tam, gdzie było trzeba, do gry wchodzili pomocnicy z Konfederacji: z jednej strony chłopcy z TikToka, z drugiej – Braun, który wydaje się być nieprzypadkowym przypomnieniem, że między kabaretem a faszyzmem bywa zaskakująco cienka granica.
Kiedy Konfederacja i PiS mówią jednym głosem, że trzeba walczyć z UE, z migrantami, z „tęczową zarazą”, to nie jest spór ideowy. To agitacja podszyta lękiem, nienawiścią i świadomym dzieleniem społeczeństwa. To świat, w którym fakty nie mają znaczenia, a prawda jest tym, co powiedziała wieczorem w TV Republika Danuta Holecka, zanim odleci na polityczną emeryturę.
I wtedy właśnie powstały Centra Integracji Cudzoziemców. Miały być czymś oczywistym: punktem wsparcia, językowej pomocy, pierwszym krokiem ku integracji. Ale wystarczyło, że ktoś rzucił słowo „apartamenty” i już wiadomo było, co dalej: fake newsy, banery, szum medialny. Straszenie integracją stało się sportem narodowym. Mówili, że imigrant zje ci psa, zabierze łóżko w szpitalu i jeszcze będzie mówił „dzień dobry” po polsku bez akcentu.
Tymczasem prawda była banalna: Centra miały pomagać. Miały wspierać tych, którzy i tak tu są, pracują, płacą podatki. Ale zbudowano wokół nich narrację grozy, która bardziej przypominała trailer filmu science fiction niż debatę publiczną. I choć nawet PiS sam planował te Centra, to po przejęciu ich przez nową władzę – nagle stały się symbolem zdrady narodowej. Bo tak działa polityka bez kompasu.
Afery? Były i będą. W polityce to nieuniknione, zwłaszcza w państwie, w którym fundusze publiczne są traktowane jak łup. Ale co innego afera, a co innego systemowe przyzwolenie na jej powtarzalność. Za PiS-u nie było tylko afer – było poczucie, że prawo przestało obowiązywać tych, którzy są „nasi”. Od Obajtka po Mejzę, od Sasina po Ziobrę – każda kompromitacja przechodziła bez echa, albo z uśmiechem.
W tym pejzażu zjawia się Tusk. Człowiek, który przeszedł długą drogę: od liberała z Gdańska, przez premiera, po przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie jest już tym samym Tuskiem co dwadzieścia lat temu. Jest bardziej ostrożny, może mniej rzutki, ale też bardziej doświadczony. Jego powrót do polskiej polityki można traktować jak gest troski, ale i poczucia odpowiedzialności. Wszedł w buty, których nikt inny nie miał odwagi założyć.
Platforma, czy szerzej – Koalicja Obywatelska – nie jest partią rewolucji. To raczej narzędzie stabilizacji, aparat naprawy państwa, który dopiero uczy się, jak odzyskiwać zaufanie obywateli. Nie każdy ich wyborca jest entuzjastą, ale wielu jest realistami. Bo wiedzieliśmy, że nie chodzi o to, by wygrać z PiS-em w debacie. Chodzi o to, by odsunąć ich od zasobów.
Ale najbardziej groteskowy teatr rozgrywa się gdzie indziej – na galach biznesowych, gdzie politycy i lobbyści zacierają granicę między państwem a handlem. Kiedy Provident dostaje nagrodę za „inicjatywę społeczną” przy współudziale Rzecznika Praw Obywatelskich i czterech ministerstw, wiadomo, że nie chodzi o żarty. Chodzi o wpływy.
W tej wersji demokracji gala z logiem Pracodawców RP lub Konfederacji Lewiatian zastępuje proces legislacyjny. Udział w panelu to nowy tryb uchwalania prawa. A główny legislator to po prostu człowiek, który pisał ustawy dla rządu, potem dla korporacji, a teraz znów dla rządu – i tak w kółko. Gdzieś po drodze znika pytanie: „Dla kogo to prawo jest tworzone?” Odpowiedź: dla sponsorów.
Sprawiedliwość? Transparentność? Przyszłość? Tylko na roll-upach w foyer.
A my, obywatele? Mamy głos – w sensie: jeden raz na cztery lata. Potem możemy sobie pisać komentarze, udostępniać memy i podpisywać petycje, które trafiają do kosza między sushi a raport CSR.
Dziś jest czas nadziei, ale i pokory. Czas, by nie udawać, że wszystko jest dobrze, ale też nie pozwolić, by wróciło to, co zniszczyło nasze zaufanie do państwa. Tusk nie zbawi Polski, ale może pomóc ją znowu poskładać. Nie będzie Mesjaszem, ale może być rzemieślnikiem demokracji. A my, obywatele, mamy obowiązek nie odwracać wzroku.
Bo demokracja nie umiera od jednego zamachu. Umiera od naszego braku uwagi – i od bierności, gdy ktoś rozdaje nagrody tym, którzy najbardziej psują państwo. I jeśli mamy coś jeszcze odzyskać – musimy zacząć patrzeć. Bez złudzeń, ale też bez cynizmu. Patrzeć – i pamiętać.

Dodaj komentarz