PAŃSTWO POWAŻNE, PRAWICA NIEKONIECZNIE

Warszawa

Polityka lubi ironię bardziej niż wyborcy. Gdy świat przyspiesza, drży i zgrzyta jak zużyta przekładnia, polska prawica postanowiła urządzić sobie rekonstrukcję mentalną rodem z muzeum osobliwości. Z jednej strony realne zagrożenia, z drugiej – ideologiczne harce, jakby historia była grą planszową, a nie instrukcją przeciwpożarową.

Zacznijmy od rzeczy poważnych, bo one istnieją, nawet jeśli prawica udaje, że to tylko propaganda. Rosyjski samolot rozpoznawczy kręci się przy naszych granicach, balony z Białorusi testują czujność systemów obronnych, Bałtyk staje się areną demonstracji siły. Wojsko działa spokojnie, profesjonalnie, bez piany na ustach. Władysław Kosiniak-Kamysz – tak, ten od „zespołu obrotowego” – komunikuje fakty, nie emocje. Państwo działa. Cicho, nudno, skutecznie. Czyli dokładnie tak, jak powinno.

Tymczasem na prawicy trwa festiwal alternatywnej rzeczywistości. Grzegorz Braun i jego wizja Polski bez podatków, bez Unii, bez ZUS-u i – nie oszukujmy się – bez planu. To polityka w stylu: „zlikwidujmy wszystko, a potem zobaczymy, co się stanie”. Program gospodarczy Brauna przypomina dietę cud: obiecuje szybkie efekty, a kończy się na intensywnej terapii. Bez PIT-u, CIT-u i VAT-u państwo miałoby funkcjonować na entuzjazmie i wolnym rynku, który – jak wiadomo – sam się obroni przed czołgami, rakietami i kryzysami.

Sławomir Mentzen dorzuca do tego doktorancki ton, ostrzegając przed długiem publicznym jak prorok z tablicą „koniec jest bliski”. Problem w tym, że jego tezy brzmią lepiej na TikToku niż w recenzowanej literaturze ekonomicznej. Dług „szkodzi, gdy jest szkodliwy” – to odkrycie na miarę stwierdzenia, że deszcz jest mokry. Państwo to nie gospodarstwo domowe, a budżet nie działa jak portfel influencera. Ale na prawicy prostota zawsze wygrywa z precyzją.

Podczas gdy Konfederacje – ta w wersji light i ta w wersji hardcore – licytują się na radykalizm, świat nie czeka. Stany Zjednoczone sprzedają Tajwanowi broń wartą miliardy dolarów, Chiny odpowiadają groźbami wojny, a globalny porządek trzeszczy. W takim momencie polska debata o Polexicie brzmi jak rozmowa o remoncie altanki podczas pożaru lasu. Wyjście z Unii w świecie bloków i imperiów to nie akt suwerenności, tylko zaproszenie do geopolitycznej samotności.

Na Bliskim Wschodzie Gaza nadal liczy ofiary, a dzieci giną w ciszy, która nie przebija się przez algorytmy. To konflikt, w którym moralne uproszczenia są równie niebezpieczne jak bomby. Tymczasem skrajna prawica woli operować hasłami, bo one nie wymagają empatii ani wiedzy. Wystarczy gniew i mikrofon.

Na tym tle Jarosław Kaczyński i jego PiS wyglądają jak formacja, która spóźniła się na własną epokę. Z jednej strony kuszona przez Brauna, z drugiej straszona przez rzeczywistość. Prezes może udawać, że to tylko chwilowe turbulencje, ale turbulencje mają to do siebie, że kończą się albo lądowaniem awaryjnym, albo katastrofą.

I tu paradoks: im bardziej świat wymaga stabilności, sojuszy i kompetencji, tym głośniej prawica krzyczy o chaosie jako cnotzie. Na szczęście państwo to nie tylko politycy. To instytucje, wojsko, sojusze i ludzie, którzy robią swoje, nawet gdy ktoś inny marzy o spaleniu systemu w imię wolności.

Polityka to nie konkurs na najbardziej efektowną destrukcję. To sztuka zarządzania ryzykiem. I na razie jedyni, którzy to rozumieją, siedzą raczej po nudnej, demokratycznej stronie barykady. Reszta wciąż bawi się zapałkami, dziwiąc się, że robi się gorąco.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights