PANIKA Z PLASTIKU, CZYLI POLSKA KONTRA DRONY Z BIEDRONKI

Warszawa

Witaj, czytelniku. Jest poniedziałek. Masz przed sobą kawę, a przede mną kolejną próbę wyjaśnienia, dlaczego żyjemy w państwie, które reaguje na zagrożenia z gracją pijanego bociana na ślizgawce.

Zatem: dziewiętnaście dronów. Słownie: dziewiętnaście. Tyle wystarczyło, żeby uruchomić NATO, Radę Bezpieczeństwa ONZ, krajowe wrzaskliwe debaty i tysiąc memów z „Co by było, gdyby było gorzej?”. No więc byłoby gorzej. I będzie, jeśli dalej będziemy bronić nieba za dwa miliony dolców od strzału.

Nie zrozum mnie źle – nie mam nic przeciwko działaniu. Mam coś przeciwko udawanemu działaniu, czyli specjalności naszego państwa od mniej więcej czasów, kiedy Piastowie myli wodę z wódką. Naprawdę – robienie hałasu po 19 dronach to jak krzyczeć na czajnik, że para. Zaskoczenie? Przecież Rosja już od dawna nie gra w bierki. Gra w Call of Duty, tylko że na żywo i z realnym body countem.

ONZ zrobiło naradę. To tak, jakby zorganizować zebranie sąsiadów po tym, jak ktoś rzucił kamieniem w okno – niby fajnie, że się spotkaliśmy, ale szyba dalej zbita, a kamienie lecą.

A teraz crème de la crème tej farsy: wysyłamy F-35, żeby strzelały do tanich jak cebula dronów. Nie mam nic przeciwko imponującym zabawkom, ale wygląda to trochę jakbyśmy postanowili zabijać komary wyrzutnią rakietową. Efekty są, ale nikt nie chce sprzątać ścian. Przecież to groteska. Tanie drony i nasze hiper-drogie rakiety – to się nawet matematyce nie podoba, a ona zwykle niczego nie czuje.

I teraz najlepsze: nie mamy wojsk dronowych. Ani taktyki. Ani fabryk. Ani planu B. Ale mamy plany zakupów. Oczywiście. Bo Polska zawsze się szykuje do wojny z przeszłości. Może ktoś im jeszcze nie powiedział, że Blitzkrieg to już nie to, co kiedyś, a nowe wojny wygrywa się myszką, nie czołgiem.

I nie, nie będę klaskać, że prezydent i rząd mówili jednym głosem. Gratulacje, dogadali się w sprawie rosyjskich dronów. No brawo, panowie – dziesięć punktów dla Gryffindoru. Szkoda tylko, że zwykle kłócicie się o rzeczy tak fundamentalne, jak „czy ta ziemia jest okrągła”.

Ale może dobrze, że te 19 plastikowych zwiadowców przyleciało. Może to był test z edukacji obywatelskiej dla dorosłych dzieci u władzy. I nie, nie zaliczyliśmy go. Bo jak się okazuje – w czasie wojny decyzje ma podejmować jeden człowiek. Prezydent. Czyli ten, którego głównym zajęciem w czasie pokoju jest odbieranie defilad i pozowanie do selfie.

Nie wiem, kto wymyślił ten model decyzyjny, ale mam podejrzenie, że był pod wpływem inspiracji… i to niekoniecznie konstytucyjnej.

To nie prezydent powinien decydować o wszystkim w czasie wojny. Ani premier. Ani żadna jednostka. Bo wojna to nie kabaret, żeby grać ją solo. To maraton głupoty, który wymaga drużyny – najlepiej takiej, która wie, że dron to nie ptak, a ONZ nie jest Avengersami.

Kończąc – tak, mam marzenia. Marzę o tym, że powstaną oddziały dronowe, że ktoś wreszcie zacznie myśleć o obronie w kategoriach realnych, nie PR-owych. Że nie tylko „strażacy i OHP” zostaną przeszkoleni, ale może też decyzyjni panowie w garniturach, co to wojny znają tylko z filmów z Bradem Pittem.

I jeszcze jedno – może politycy przestaną traktować Polskę jak tort urodzinowy do pokrojenia, a zaczną ją widzieć jak dom, który warto obronić, zanim zamieni się w zgliszcza.

Na razie mamy tylko kawę, chaos i dziewiętnaście dronów. Smacznego.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights