PAŁACOWA TRÓJCA ŚWIĘTA, CZYLI JAK ZROBIĆ Z RBN TEATR TELEWIZJI ABSURDU

Warszawa

Sześć godzin posiedzenia. Sześć godzin bez kamer. Sześć godzin oddanych telefonów i zatrzaśniętych drzwi. A potem wychodzą oni. Trzej apostołowie prezydenckiej narracji. Trzech strażników suwerenności. Trzech tenorów opery pod tytułem: „My pytaliśmy, oni milczeli”.

Na scenę wkracza Zbigniew Bogucki. Ton surowy. Mina jak u człowieka, który właśnie odkrył, że państwo wisi nad przepaścią, a linę trzyma marszałek Sejmu.

„RBN trwała sześć godzin, już sam ten fakt przesądza, jak potrzebna była ta dyskusja” — oznajmia z powagą.

Wspaniała logika. Według tej teorii każde wesele powyżej północy jest dowodem głębokiej debaty filozoficznej, a każda kłótnia małżeńska trwająca trzy godziny to sympozjum o przyszłości cywilizacji zachodniej. Długość jako miara sensu. Czas jako dowód racji. To nowa szkoła myślenia: im dłużej, tym mądrzej.

Bogucki powtarzał jak mantrę, że „milczenie marszałka jest wymowne”. Milczenie jako dowód. Cisza jako podejrzenie. Brak odpowiedzi jako sygnał alarmowy. W tej filozofii nawet przerwa na oddech byłaby obciążająca.

I ten ton: nie chodzi o spór polityczny, chodzi o bezpieczeństwo. Nie chodzi o emocje, chodzi o państwo. Gdy polityk zaczyna zdanie od „to nie jest spór polityczny”, można być pewnym, że właśnie zaczyna się najczystsza polityka w wersji koncentrat.

Potem pojawia się Sławomir Cenckiewicz. Człowiek, który oficjalnie nie ma dostępu do informacji niejawnych, ale był na posiedzeniu niejawnym, bo „tak można”. Jednorazowa decyzja. Jednorazowe wejście. Jednorazowa przepustka do świata tajemnic. Państwo z kartą gościa VIP.

Cenckiewicz mówił o SAFE tak, jakby był to projekt budowy kosmodromu w Pcimiu Dolnym finansowany przez nieznaną galaktykę. „Zasada warunkowości”. „Gigantyczne znaki zapytania”. „Możliwe konsekwencje po wyborach”. Słowa krążyły jak czarne ptaki nad polem kukurydzy.

Tyle że konkretów było tyle, co tlenu w próżni.

Polska składa wniosek o 43,7 miliarda euro z programu SAFE. Największy beneficjent. 80 proc. środków ma pracować w polskiej gospodarce. Oprocentowanie preferencyjne. Spłata do 2070 roku. Te liczby padły. Ale w pałacowej narracji to wciąż mgła. Wciąż „nie wiemy”. Wciąż „znaki zapytania”.

Znaki zapytania są tu walutą polityczną. Im więcej znaków zapytania, tym mniej odpowiedzialności.

Na koniec wychodzi Marcin Przydacz. Ton profesora, który właśnie odkrył, że uczniowie nie przeczytali lektury pod tytułem „Transatlantycka dojrzałość”.

„Jestem bardzo mocno zaskoczony, jak słabo zbadana jest ta sprawa” — mówi.

Zaskoczony. Zaskoczenie stało się nową doktryną Pałacu. Zaskoczeni są zawsze ci sami. Odpowiedzialność jest zawsze gdzie indziej. A „obieg informacji niejawnych” brzmi jak zaklęcie, które ma wywołać dreszcz w narodzie.

Przydacz mówił o Radzie Pokoju Trumpa jak o wielkiej próbie charakteru. Tyle że sama konstrukcja tej Rady brzmi jak projekt geopolityczny napisany w przerwie między tweetami. Kadencyjność zależna od woli przewodniczącego. Możliwość monarszego przedłużania uczestnictwa. Zaproszenie zamiast procedury. To nie ONZ. To raczej klub dżentelmenów z prawem veta w kieszeni.

Rząd mówi: ostrożnie. Pałac mówi: czemu tak wolno? Pałac pyta: gdzie analiza? Rząd odpowiada: decyzja nie zapadła. Pałac: „to milczenie jest wymowne”.

Milczenie jest dziś najbardziej podejrzaną formą wypowiedzi.

Najbardziej komiczny był jednak moment, gdy cała trójka próbowała sprzedać narrację o „konstruktywnej atmosferze”. Sześć godzin napięcia. Premier wychodzi wcześniej, bo nie zamierza uczestniczyć w punkcie, który uznaje za polityczny. Część ministrów opuszcza salę. Wątpliwości pozostają. A my słyszymy: „wymiana stanowisk była konstruktywna”.

To trochę jakby po burzy z gradem powiedzieć: „mieliśmy dynamiczną wymianę opadów”.

W tle czai się jeszcze jeden paradoks. Pałac zarzuca rządowi brak transparentności w SAFE, a jednocześnie zamyka RBN przed opinią publiczną i buduje dramaturgię wokół milczenia jednego polityka. Transparentność według Pałacu polega na tym, że to oni pytają, a inni się tłumaczą.

Cała konferencja była jak spektakl o wielkiej odpowiedzialności grany przez aktorów, którzy mylą scenografię z fundamentem państwa. Suwerenność była odmieniana przez wszystkie przypadki. Bezpieczeństwo było słowem-kluczem. Ale gdy przyszło do konkretu, zostawał patos.

A patos jest jak balon. Im bardziej się go pompuje, tym głośniej pęka.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że trzej ministrowie byli śmiertelnie poważni. Ani jednego mrugnięcia okiem. Ani jednego momentu autorefleksji. Tylko monumentalna powaga ludzi, którzy wierzą, że sześć godzin posiedzenia to dowód historycznego przełomu.

Pałac chciał pokazać siłę. Wyszedł pokaz niepewności przebranej za stanowczość. Chciał pokazać kontrolę. Wyszedł chaos opakowany w słowo „procedura”. Chciał pokazać, że to on stoi na straży bezpieczeństwa. Wyszedł kabaret o milczeniu i znakach zapytania.

A państwo? Państwo potrzebuje jasnych decyzji, stabilności i współpracy ośrodków władzy. Nie opery buffa w trzech aktach.

Sześć godzin to dużo czasu. Wystarczająco dużo, by rozwiązać problem. Albo wystarczająco dużo, by go wyprodukować.

Pałac wybrał drugą opcję.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights