
Są ludzie, którzy całe życie marzą o wielkości. Jedni chcą zostać odkrywcami nowych lądów. Inni marzą o Noblu. Jeszcze inni chcą zapisać się w historii jako reformatorzy, budowniczowie albo przywódcy. A potem pojawia się polityka i okazuje się, że niektórzy marzą wyłącznie o tym, żeby ktoś ważniejszy poklepał ich po plecach.
Patrzę na Karola Nawrockiego i coraz częściej mam wrażenie, że obserwuję człowieka, który pomylił urząd prezydenta Rzeczypospolitej z konkursem na najwierniejszego fana Donalda Trumpa.
Nie jest to zresztą łatwe zadanie. Trump ma wielu wielbicieli. Ma ich więcej niż Elvis miał sobowtórów. Wokół niego krąży cała galaktyka polityków przekonanych, że jeśli będą odpowiednio głośno powtarzać jego słowa, to spłynie na nich część jego blasku. Problem polega na tym, że Trump rozdaje uznanie równie hojnie, jak rekin rozdaje koła ratunkowe. Dzisiaj nazwie cię przyjacielem. Jutro zapomni nazwiska. Pojutrze ogłosi, że nigdy cię nie spotkał.
To nie przeszkadza jednak kolejnym politykom ustawiać się w kolejce po jego uwagę. Karol Nawrocki najwyraźniej również uznał, że warto spróbować. Stąd zapewne ten osobliwy zapał do walki z Wołodymyrem Zełenskim.
Oczywiście oficjalny powód jest poważny. Chodzi o pamięć historyczną. Chodzi o UPA. Chodzi o Wołyń. Są to sprawy tragiczne i bolesne. Tysiące pomordowanych Polaków nie zasługują ani na zapomnienie, ani na relatywizowanie. Właśnie dlatego cała sprawa wymaga powagi. A powaga i polityczny marketing rzadko mieszkają pod jednym dachem.
Kiedy słucham kolejnych deklaracji o odbieraniu orderów, stawianiu ultimatum i demonstrowaniu twardości, przypomina mi się człowiek, którego kiedyś znałem. Był niezwykle odważny. Potrafił obrazić każdego. Krzyczał na wszystkich. Wygrażał pięściami. Stawiał warunki. Jedyny problem polegał na tym, że robił to wyłącznie wobec ludzi słabszych od siebie. Przy silniejszych natychmiast zamieniał się w uosobienie uprzejmości. Historia zna takich bohaterów od wieków.
Na Ukrainę od lat spadają rosyjskie rakiety. Giną żołnierze. Giną cywile. Całe miasta wyglądają jak fotografie z podręczników historii opisujących II wojnę światową. Europa stoi wobec największego zagrożenia bezpieczeństwa od pokoleń.
My urządzamy narodową debatę o orderze. To trochę tak, jakby podczas operacji na otwartym sercu ordynator zwołał konsylium, żeby omówić kolor zasłon w szpitalnej stołówce. Można? Można. Tylko trudno później przekonywać, że są to właściwie ustawione priorytety.
Najbardziej fascynuje mnie jednak polityczna synchronizacja. Trump od dawna patrzy na Zełenskiego z niechęcią. Ukraina w jego opowieściach pojawia się zazwyczaj jako koszt, problem albo niewygodny rachunek. Nigdy jako kraj płacący krwią za własną wolność.
Trump obrażał Zełenskiego. Trump sugerował ograniczenie wsparcia. Trump wielokrotnie dawał do zrozumienia, że wojna w Ukrainie interesuje go mniej więcej tak samo jak los pingwinów na Falklandach. I nagle okazuje się, że podobny ton zaczyna rozbrzmiewać także nad Wisłą. Przypadek? Oczywiście. Tak samo jak przypadkiem wszyscy dworzanie zawsze zgadzają się z królem.
Nawrocki wygląda czasami jak człowiek, który śledzi wypowiedzi Trumpa z dokładnością meteorologa obserwującego huragan. Kiedy wiatr zmienia kierunek w Waszyngtonie, niektórzy politycy w Warszawie natychmiast zaczynają poprawiać żagle.
Jest w tym coś jednocześnie smutnego i komicznego. Bo prezydent dużego europejskiego państwa powinien prowadzić politykę w interesie własnego kraju. Nie w interesie własnych sympatii. Nie w interesie medialnego rozgłosu. I nie po to, żeby zasłużyć na pięć sekund aprobaty człowieka siedzącego za biurkiem w Białym Domu. Zwłaszcza że Trump jest człowiekiem, który lojalność traktuje jak jednorazowy kubek po kawie. Używa jej przez chwilę, a potem wyrzuca bez oglądania się za siebie.
W całej tej historii najbardziej rozbawia mnie jednak słowo „patriotyzm”. Pada ono nieustannie. Patriotyzm. Godność. Honor. Suwerenność. Słowa wielkie jak pomniki. Trudno mówić o suwerenności, gdy cała polityczna nawigacja odbywa się według wskazań kompasu stojącego kilka tysięcy kilometrów dalej. Jeszcze trudniej mówić o niezależności, gdy każda decyzja wygląda jak próba odgadnięcia, co spodoba się człowiekowi, który każdego ranka potrafi zmienić zdanie szybciej niż warszawska pogoda w kwietniu.
Można jednocześnie pamiętać o Wołyniu i wspierać Ukrainę. Można domagać się prawdy historycznej i rozumieć geopolitykę. Można mieć kręgosłup bez zamieniania polityki zagranicznej w kabaret.
Trzeba tylko chcieć. Ale do tego potrzebna jest cecha coraz rzadsza w polityce: Odwaga samodzielnego myślenia.
Patrzę na to wszystko jak człowiek, który przeżył już wielu zbawców narodu. Widziałem takich, którzy obiecywali wielkość. Widziałem takich, którzy obiecywali porządek. Widziałem takich, którzy obiecywali moralną odnowę. Najczęściej kończyli jako przypis w podręczniku. Czasami nawet nie przypis. Ledwie przecinek. I mam coraz silniejsze wrażenie, że historia nie zapamiętuje tych, którzy najgłośniej krzyczą. Zapamiętuje tych, którzy potrafią odróżnić interes państwa od własnych politycznych fascynacji.
A z tym, niestety, bywa dziś gorzej niż z pamięcią siedemdziesięciolatka szukającego okularów, które od dziesięciu minut ma na nosie.

Dodaj komentarz