ORZEŁ BIAŁY, WYKLĘCI I PAMIĘĆ WYBIÓRCZA

Warszawa

Są takie dni, kiedy człowiek czyta wiadomości i zaczyna podejrzewać, że polska polityka została napisana przez grupę satyryków, którym redakcja kazała przesadzić, a oni przesadzili tak bardzo, że tekst odrzucono jako niewiarygodny. Potem jednak ktoś przez pomyłkę wysłał scenariusz do życia publicznego i od tej pory wszyscy odgrywamy ten spektakl na serio.

Karol Nawrocki właśnie ogłosił, że chciałby odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Powód jest poważny. Decyzja ukraińskiego prezydenta o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” rzeczywiście budzi sprzeciw. Trudno oczekiwać od Polaków obojętności wobec organizacji, której członkowie mają na rękach krew dziesiątek tysięcy polskich cywilów zamordowanych na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nie ma tu miejsca na relatywizowanie historii. Mordowanie kobiet, dzieci i starców nie staje się mniej odrażające tylko dlatego, że sprawcy walczyli również z innym okupantem.

Problem polega jednak na tym, że Karol Nawrocki postanowił wejść na wyjątkowo śliski grunt. A kiedy Karol Nawrocki wchodzi na grunt historii, człowiek odruchowo zaczyna sprawdzać, czy w pobliżu nie ma przypadkiem kolejnej miny.

Bo oto słyszymy z ust prezydenta, że nie wolno gloryfikować bandytów, morderców i ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na ludności cywilnej. Piękne słowa. Słowa słuszne. Słowa, pod którymi można się podpisać obiema rękami. Tylko że wtedy człowiek przypomina sobie ostatnie kilkanaście lat polskiej polityki historycznej i nagle zaczyna mieć wrażenie, że uczestniczy w narodowym festiwalu amnezji.

Przecież od lat budujemy w Polsce osobliwą galerię bohaterów. W tej galerii obok ludzi autentycznie zasłużonych dla walki o niepodległość stoją postacie, których życiorysy przypominają raczej akta prokuratorskie niż hagiografie. Wszystko zostało wrzucone do jednego worka z napisem „Wyklęci”, a potem oblane patriotycznym lukrem tak grubym, że przestało być widać fakty.

Historia Romualda Rajsa „Burego” jest tu jednym z najbardziej jaskrawych przykładów. Dla jednych pozostaje symbolem oporu przeciw komunizmowi. Dla innych jest człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć prawosławnych mieszkańców podlaskich wsi. Instytut Pamięci Narodowej sam opisywał pacyfikacje Zaleszan, Szpaków, Wólki Wygonowskiej i innych miejscowości, gdzie ginęli cywile, w tym kobiety i dzieci. Mimo to przez lata część prawicy próbowała budować wokół tej postaci niemal święty kult.

Podobnie wygląda sprawa Józefa Kurasia „Ognia”. W oficjalnej opowieści patriotycznej jest niezłomnym bohaterem. W dokumentach historycznych pojawiają się jednak również oskarżenia o rabunki, brutalność oraz zabójstwa osób cywilnych. Problem nie polega na tym, że historycy o tym dyskutują. Problem polega na tym, że politycy bardzo często nie chcą o tym słyszeć.

Jeszcze ciekawiej robi się przy Narodowych Siłach Zbrojnych. To formacja ogromnie zróżnicowana, w której byli ludzie odważni i zasłużeni, ale były też oddziały uwikłane w działania, które do dziś wywołują spory historyków. Jednak w politycznej narracji wszystko musi być czarno-białe. Bohater albo zdrajca. Pomnik albo potępienie. Między jednym a drugim nie ma miejsca na rzeczywistość.

A rzeczywistość jest niewygodna.

Rzeczywistość przypomina bowiem, że narody mają dziwną skłonność do wybielania własnych grzechów i obsesyjnego wypominania cudzych. Ukraińcy robią to dziś z częścią tradycji UPA. Polacy robią to od lat z częścią własnego podziemia. Różnica polega jedynie na tym, że każdy uważa własne wybielanie za patriotyzm, a cudze za skandal.

Najbardziej irytujące jest jednak coś jeszcze.

Rosja Putina prowadzi od lat brutalną wojnę przeciw Ukrainie. Giną ludzie. Miasta są niszczone. Europa przeżywa największy konflikt zbrojny od zakończenia II wojny światowej. Tymczasem Karol Nawrocki, człowiek który jeszcze niedawno budował swoją polityczną pozycję na wojnach pamięci, postanawia w samym środku tej sytuacji rozpętać kolejną historyczną awanturę.

Nie chodzi o to, żeby przemilczeć Wołyń. Nie chodzi o to, żeby udawać, że problem nie istnieje. Wręcz przeciwnie. Trzeba mówić prawdę. Trzeba prowadzić ekshumacje. Trzeba domagać się szacunku dla ofiar. Ale między obroną pamięci a politycznym widowiskiem istnieje ogromna różnica.

Donald Tusk miał rację, kiedy mówił, że przywódcy obu państw powinni raczej budować przyszłość niż urządzać konkurs na najbardziej efektowny spór historyczny. Bo jeśli Polska i Ukraina zaczną się dziś okładać pamięcią jak cepami, to największy powód do zadowolenia będzie miał nie historyk, lecz Władimir Putin.

Mam zresztą wrażenie, że Karol Nawrocki coraz częściej przypomina kustosza muzeum, który tak bardzo zakochał się w przeszłości, że przestał zauważać teraźniejszość. W jego świecie każda dyskusja kończy się wojną pamięci. Każda polityczna droga prowadzi do kolejnej historycznej rekonstrukcji. Każdy problem współczesności rozwiązuje się przy pomocy dawnych symboli.

Tylko że państwa nie buduje się wyłącznie pomnikami. Nie buduje się go również przez selektywną pamięć.

Jeżeli naprawdę chcemy być uczciwi wobec historii, to musimy mieć odwagę mówić prawdę nie tylko o cudzych zbrodniarzach, ale również o własnych. Musimy umieć patrzeć na Wołyń bez relatywizowania i jednocześnie patrzeć na „Burego”, „Ognia” czy ciemne karty części podziemia bez patriotycznego makijażu.

Historia nie jest od tego, żeby poprawiać nam samopoczucie. Historia jest od tego, żeby mówić prawdę. A prawda, niestety, bardzo rzadko nadaje się na transparent wyborczy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights