ORMUZ, PATRIOTY I SZALUPA Z DZIURĄ

Warszawa

Wiosna przyszła do Polski nieśmiało, jak petent do urzędu, który nie wie, czy zostanie obsłużony, czy odeślą go po jeszcze jeden podpis, więc chodzi po domu w kapciach, wygląda przez okno i próbuje zrozumieć, czy to już czas na lżejszy płaszcz, czy jeszcze nie. A świat w tym czasie, jak to ma w zwyczaju, znowu przyspieszył i zaczął się zachowywać jak człowiek, który wstał za wcześnie i od razu postanowił podejmować decyzje na całe życie.

Gdzieś daleko, na mapie, która dla większości z nas wygląda jak egzotyczny atlas, pojawiła się nagle Cieśnina Ormuz – miejsce, o którym przeciętny Polak przypomina sobie mniej więcej wtedy, kiedy rośnie cena benzyny. I nagle okazało się, że wszyscy chcą ją odblokować, wszyscy chcą ją chronić, wszyscy chcą coś zrobić, a najlepiej – żeby zrobił to ktoś inny.

I w tej chwili, w tym wielkim geopolitycznym teatrze, Polska podniosła rękę.

– My też jesteśmy – powiedzieliśmy.

Trochę jak uczeń, który spóźnił się na lekcję, ale i tak chce być wpisany na listę obecności, choć nie odrobił pracy domowej i liczy, że nauczyciel nie zapyta.

Premier Wielkiej Brytanii zwołał konferencję, na której mają się spotkać państwa poważne, mniej poważne i takie, które mają więcej ambicji niż możliwości. Będą Japonia, Kanada, Australia, będą kraje skandynawskie, będą też Czechy i Mołdawia, które – jak wiadomo – mogą co najwyżej odblokować korek na autostradzie.

I nagle do tego towarzystwa dołącza Polska. Nie po to, żeby wysłać okręty, bo tych mamy tyle, co rozsądku w niektórych sejmowych wystąpieniach. Nie po to, żeby prowadzić operacje militarne, bo sami mówimy, że nie będziemy. Ale po to, żeby być. Bo w polityce bycie bywa ważniejsze niż robienie, zwłaszcza gdy robienie kończy się raportem NIK.

I tu zaczyna się najciekawsza część tej opowieści. Z jednej strony mamy rząd, który mówi spokojnie i – o zgrozo – racjonalnie, że Polska ma swoje zadania, że Bałtyk to nie akwarium w salonie, że nie będziemy wysyłać ekspedycji na drugi koniec świata, bo mamy własne granice i własne kłopoty. Z drugiej strony mamy chór ekspertów i pół-ekspertów, którzy widzą w Polsce albo subtelnego mediatora, albo objazdowego sprzedawcę rakiet z walizką pełną katalogów.

I to jest piękny moment, w którym Polska stoi na rozdrożu między rolą państwa, które myśli, a rolą państwa, które sprzedaje i udaje, że to strategia.

A gdzieś w tle stoi Ameryka i mówi: „to wy się tym zajmijcie”. Bo kiedy prezydent ogłasza, że „najtrudniejsze już zrobione”, to brzmi to jak remont, w którym ktoś wyburzył ściany nośne i poszedł po kawę, zostawiając kartkę: „reszta to kosmetyka”.

Europa patrzy na tę kartkę i zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej jednak zatrudnić kogoś, kto odróżnia młotek od planu architektonicznego.

I w tym wszystkim Polska próbuje znaleźć swoje miejsce. Nie za blisko, żeby nie oberwać. Nie za daleko, żeby nie zostać pominiętą. Tak w sam raz, żeby można było zrobić zdjęcie i napisać, że „uczestniczyliśmy w ważnych rozmowach”.

To jest polityka środka, która czasem przypomina balansowanie na linie nad basenem pełnym rekinów, tylko że lina jest krzywa, rekiny głodne, a ktoś z brzegu co chwilę krzyczy: „spokojnie, mamy to pod kontrolą”.

A tymczasem w kraju zaczyna się prawdziwy kabaret, tylko bez biletów i bez możliwości wyjścia w przerwie.

Prezydent podpisuje ustawę, ale tak, żeby jej nie podpisać do końca. To jest ten poziom politycznej ekwilibrystyki, w którym człowiek jednocześnie przytakuje i kręci głową, jakby próbował przekonać lustro, że nie jest lustrem. Podpis jest, pieniądze będą, ale ustawa idzie do Trybunału, który istnieje trochę jak dekoracja – stoi, wygląda, ale nikt nie jest pewien, czy jeszcze coś znaczy.

I oto mamy kompromis.

Czyli sytuację, w której wszyscy twierdzą, że wygrali, a rzeczywistość siedzi w kącie i się śmieje.

A po prawej stronie sceny politycznej zaczyna się spektakl, który powinien być opatrzony ostrzeżeniem dla widzów o słabych nerwach i silnym poczuciu logiki.

Jarosław Kaczyński układa pionki jak szachista, który gra sam ze sobą i ciągle zmienia zasady. Mateusz Morawiecki buduje „obóz patriotyczny”, który jest tak szeroki, że mieści się w nim wszystko – od rozczarowanych po zagubionych i tych, którzy jeszcze nie zdążyli się zorientować, że już byli w tym obozie kilka razy.

Przemysław Czarnek czeka, jak uczeń, który podniósł rękę, ale nie wie, czy zna odpowiedź, za to jest pewien, że powie ją najgłośniej w klasie.

A Konfederacja? Konfederacja rośnie jak ciasto drożdżowe zostawione bez nadzoru – puchnie, rozlewa się, fermentuje i zaczyna wydzielać zapach, który jednych przyciąga, a innych zmusza do otwarcia okna. Jej bardziej „umiarkowana” część udaje rozsądek, jej radykalna część udaje, że nie udaje, a ta najbardziej radykalna wygląda, jakby politykę pomyliła z performansem w cyrku.

Grzegorz Braun siedzi przy tym stole jak człowiek, który nie tyle chce nim potrząsnąć, co rozkręcić go na części i sprawdzić, czy da się go złożyć odwrotnie.

I nagle ktoś wpada na pomysł, że wybory mogą przegrać wszyscy.

To nie jest scenariusz. To jest diagnoza.

Parlament bez większości, politycy bez pomysłu, państwo bez kierunku – to nie jest kryzys. To jest styl zarządzania, który ktoś kiedyś uznał za wystarczający.

A gdzieś nad tym wszystkim unosi się rachunek.

Sześć miliardów złotych za szczepionki, które ktoś zamówił z rozmachem godnym wesela na tysiąc osób, zapraszając pół wsi, a potem zdziwił się, że przyszli tylko nieliczni i jeszcze nie chcą jeść. Rachunek, który nie zna pojęcia „dobre intencje” i nie reaguje na słowo „hipokryzja”.

Bo rachunki są jak rzeczywistość. Wracają zawsze. I zawsze do tych samych ludzi.

I tak siedzimy w tej wiośnie, która miała być lekka, a jest ciężka jak dyskusja przy stole, na którym każdy ma rację i nikt nie ma rozwiązania. Patrzymy na Ormuz, na Warszawę, na polityków, którzy mówią coraz więcej i rozumieją coraz mniej, i zaczynamy dostrzegać rzecz najprostszą.

Świat nie wariuje. Świat jest zarządzany przez ludzi, którzy mylą decyzję z deklaracją, odpowiedzialność z konferencją prasową i państwo z własnym profilem w mediach. A deklaracje są darmowe. Do momentu, kiedy przychodzi rachunek.

I wtedy nagle okazuje się, że wszyscy chcieli tylko pogadać. A ktoś musi zapłacić. I – jak zwykle – to nie będą ci, którzy mówili najgłośniej.

A najbardziej boli nie to, że płacimy — tylko to, że wciąż głosujemy na tych, którzy wystawiają rachunki.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights