

Było tak jak w tej starej scenie z wesela. Orkiestra jeszcze gra, wódka jeszcze stoi, a pan młody już zdążył pokłócić się z połową gości, obrazić teściową i ogłosić, że właściwie to on nikogo nie potrzebuje, tylko niech mu ktoś natychmiast przyniesie jeszcze jedną butelkę, bo sam nie dosięgnie. I dokładnie w tej roli występuje dziś Donald Trump, tylko zamiast stołu weselnego ma Bliski Wschód, zamiast wujka Zdzicha – NATO, a zamiast wódki – cieśninę Ormuz, przez którą przepływa jedna piąta światowej ropy, czyli coś znacznie bardziej wybuchowego niż spirytus z przemytu.
Europa patrzy na ten spektakl z miną człowieka, który wie, że rachunek i tak przyjdzie do niego, choć nie zamawiał ani muzyki, ani jedzenia, ani nawet samej imprezy. Bo wojna w Iranie to nie jest konflikt, który można sobie obejrzeć z dystansu jak mecz w telewizji, popijając herbatę i komentując taktykę. To raczej pożar w sąsiednim mieszkaniu, w którym ktoś zostawił otwarte drzwi i teraz dym wchodzi do wszystkich pokoi, niezależnie od tego, kto był zaproszony.
Trump rozpoczął tę wojnę z rozmachem człowieka, który wierzy, że świat to plansza Monopoly, a on ma w kieszeni wszystkie karty „Wyjście z więzienia”. Liczył na szybki efekt, na pokaz siły, na spektakl zwycięstwa, który wstrząśnie przeciwnikiem i zachwyci wyborców.
Tymczasem Iran zamknął Ormuz jak właściciel sklepu, który widzi nadchodzący tłum i opuszcza żaluzję z napisem „nie dzisiaj”. Światowa gospodarka zaczęła reagować jak pacjent z nagłym skokiem ciśnienia – nerwowo, chaotycznie i bardzo drogo.
Europa znalazła się w sytuacji, w której każdy ruch jest zły, a bezruch jeszcze gorszy. Bo jeśli pomoże Trumpowi, to wzmocni człowieka, który traktuje sojuszników jak sezonowe promocje – bierze, kiedy się opłaca, i odstawia na półkę, kiedy przestają być potrzebni.
Jeśli nie pomoże, to usłyszy, że jest niewdzięczna, słaba i pasożytuje na amerykańskim bezpieczeństwie, co Trump powtarza z regularnością zegarka, który co prawda się spóźnia, ale za to bardzo konsekwentnie.
A nad tym wszystkim unosi się jeszcze ten piękny, europejski realizm, który polega na tym, że wszyscy mówią o wartościach, ale liczą pieniądze. Bo prawda jest taka, że blokada Ormuzu to nie jest problem ideologiczny, tylko rachunek za energię, który przyjdzie szybciej niż jakakolwiek rezolucja Parlamentu Europejskiego.
Ceny ropy rosną, gaz drożeje, inflacja zaczyna się rozciągać jak stara gumka od majtek, a banki centralne już ostrzą noże w postaci podwyżek stóp procentowych, które mają ten piękny zwyczaj, że zawsze trafiają w tych, którzy najmniej zawinili.
I w tym momencie na scenę wchodzi Europa cała na biało, mówiąc, że to nie jej wojna, że nie była konsultowana, że stoi na straży prawa międzynarodowego. Brzmi szlachetnie, tylko trochę przypomina sytuację, w której ktoś stoi na chodniku i tłumaczy płonącemu domowi, że zgodnie z zasadami nie powinien się palić.
Pedro Sánchez mówi „nie” z dumą pierwszego prymusa, który w końcu miał rację, Macron mówi „uważajmy” z elegancją człowieka, który zawsze chce mieć ostatnie słowo, Merz mówi „to policzmy” tonem prezesa, który wierzy, że Excel zatrzyma rakiety, a wszyscy razem tworzą chór rozsądku, który brzmi jak koncert filharmonii grany na pokładzie tonącego statku.
Tymczasem w tle dzieje się rzecz znacznie bardziej niepokojąca, bo każdy dzień tej wojny to prezent dla Władimira Putina, który siedzi gdzieś na Kremlu jak księgowy chaosu i liczy zyski z droższej ropy.
Wojna w Iranie podnosi ceny, ceny zasilają rosyjski budżet, a rosyjski budżet finansuje wojnę w Ukrainie, która z kolei zaczyna być dla Ameryki coraz mniej wygodna, bo uwaga świata przesuwa się gdzie indziej.
I tak oto jeden konflikt karmi drugi, jak dwa koty, które zjadają sobie nawzajem ogony, tylko że rachunek za tę dietę płaci Europa.
A Trump? Donald Trump stoi pośrodku tego wszystkiego jak właściciel kasyna w Atlantic City, który przegrał własną ruletkę, ale dalej rozdaje żetony i krzyczy, że to inni oszukują. Człowiek, który jednego dnia grozi NATO, drugiego dnia błaga NATO, a trzeciego ogłasza, że NATO w ogóle nie istnieje, jeśli nie robi dokładnie tego, co on sobie właśnie wymyślił między jednym tweetem a drugim.
Grozi wyjściem z NATO, obraża sojuszników, flirtuje z Putinem, a potem obrażony pyta, dlaczego nikt nie chce mu pomóc, co przypomina klasyczną scenę z życia każdego narcyza władzy: „nie potrzebuję was, ale macie mnie natychmiast ratować, bo inaczej się obrażę jeszcze bardziej”.
Europa więc stoi przed wyborem, który nie jest wyborem, tylko zestawem nieprzyjemnych konsekwencji, a na scenie pojawiają się jej bohaterowie:
Emmanuel Macron z miną filozofa, który chce negocjować z bombą,
Friedrich Merz jak menedżer z zarządu, który wszedł do polityki z PowerPointem i przekonaniem, że świat da się uporządkować w trzech punktach, tylko nikt nie chce czytać slajdów,
Giorgia Meloni próbująca jednocześnie być lojalna wobec Waszyngtonu i rozsądna wobec rzeczywistości,
oraz Donald Tusk, który patrzy na to wszystko jak menedżer projektu, w którym klient zwariował, budżet płonie, a termin oddania był wczoraj.
Europa może pokazać Trumpowi figę i zaryzykować, że zostanie podzielona i rozegrana jak talia kart w rękach sprytnego krupiera.
Może wejść do gry i próbować coś ugrać, handlując bezpieczeństwem, Ukrainą, inwestycjami i wpływami, jak na targu, gdzie każdy uśmiech jest przeliczany na euro.
Albo może robić to, co robi najlepiej – debatować, analizować i mieć nadzieję, że rzeczywistość jakoś się sama rozwiąże, co w ostatnich latach sprawdza się równie dobrze jak parasol z dziurą.
A gdzieś na końcu tej całej historii jest jeszcze Liban, kraj, który rozpada się na naszych oczach jak stary fotel, z którego wystają sprężyny historii, religii i biedy, oraz setki tysięcy ludzi uciekających przed wojną, która nie ma już żadnej logiki, tylko własną bezwładność.
I jest jeszcze jedna scena, której nikt oficjalnie nie opisze, bo źle wygląda w komunikacie po szczycie. Narada NATO przypomina zebranie wspólnoty mieszkaniowej, na którym jedni krzyczą, że dach przecieka, drudzy że to nie ich klatka, trzeci proponują komisję, a ktoś z tyłu pyta, czy w ogóle mamy jeszcze dach. Trump wali pięścią w stół, Europa poprawia krawaty, a problem dalej kapie, tylko już nie na podłogę, ale prosto do portfeli.
I to jest ten moment, w którym wszystkie nasze eleganckie analizy zaczynają wyglądać jak menu w restauracji, do której nikt już nie przychodzi, bo kuchnia płonie.
Człowiek patrzy na to wszystko i zaczyna rozumieć, że świat nie wszedł w epokę chaosu — on go sobie po prostu urządził, jak salon, w którym każdy przestawił meble według własnego uznania, a teraz nikt nie może znaleźć drzwi.
I wtedy przychodzi ta najprostsza, najbardziej brutalna myśl, której nikt nie chce wypowiedzieć na głos, bo psuje nastrój i nie nadaje się na konferencję prasową.
W tym świecie nie wygrywa ten, kto ma rację, tylko ten, kto ma paliwo, armię i bezczelność, a reszta może sobie pisać rezolucje jak listy do Świętego Mikołaja.
A najgorsze jest to, że w tym globalnym teatrze absurdu jedyną naprawdę stabilną rzeczą jest rachunek — i jak zwykle zapłaci go ten, kto nie siedział przy stole, tylko sprzątał po kolacji, bo ktoś inny uznał, że świat to jego prywatna knajpa.

Dodaj komentarz