(czyli jak Trump z Dudą uratowali świat, energię i własne ego)
Jeśli ktoś jeszcze wierzy, że świat zmierza ku lepszemu, to najwyraźniej nie oglądał ostatniego szczytu NATO w Hadze. A szkoda – bo była to mieszanka teatru, stand-upu i lekcji poglądowej pt. „Jak mówić publicznie, nie mając nic do powiedzenia”. Główne role: Donald Trump – w roli samozwańczego „tatusia NATO”, oraz Andrzej Duda – prezydent Polski, miłośnik krajobrazu, przeciwnik wiatraków i człowiek, który nawet z rozmowy o energii potrafi zrobić monolog o sobie.
Szkoła retoryki po amerykańsku
Trump zaczął klasycznie: bluzgając. „Izrael i Iran walczą ze sobą tak długo, że już nie wiedzą, co do k***y robią” – oświadczył w drodze na konferencję prasową, po czym wskoczył do śmigłowca jakby właśnie wygrał Super Bowl. Szef NATO Mark Rutte, zapewne zrezygnowany, skwitował to słowami: „Tatuś czasem musi użyć mocnych słów”. Tatuś? Czyli kto – Donald „Ojciec Chrzestny Północnoatlantyckiej Rodziny” Trump?
Potem było jeszcze lepiej. Trump porównał konflikt na Bliskim Wschodzie do bójki dzieci na szkolnym boisku. – „Pozwól im się okładać przez dwie, trzy minuty. Potem łatwiej ich zatrzymać” – wyjaśnił, jakby komentował zabawę w berka, a nie zagrożenie nuklearne.
Jednocześnie z dumą zapewnił, że „NATO będzie silne”, bo on – Donald – załatwił, żeby wszyscy płacili 5% PKB na obronność. Hiszpania się opierała, więc zagroził jej ekonomicznym równaniem z ziemią: „Zapłacą dwa razy więcej. I mówię to poważnie.” Światowy pokój według Trumpa: kij, kij, kij – marchewka? To u Bidena.
Duda – samotny rycerz wiatrakowego krajobrazu
Tymczasem nasz prezydent Andrzej Duda po raz kolejny udowodnił, że jeśli nie może być merytorycznie, to przynajmniej będzie personalnie. W Hadze, zamiast mówić o energii i bezpieczeństwie, wyraził swoje głębokie uczucia względem… krajobrazu. – „Nie jestem zwolennikiem wiatraków. One psują widok. Wolę inne OZE” – mówił, jakby prowadził debatę z gminnym architektem w Zakopanem, a nie rozmawiał o energetycznej przyszłości Polski.
A kiedy premier Tusk zaproponował zamrożenie cen prądu – Duda oskarżył go o próbę wymuszenia podpisu. – „Premier próbuje mnie postawić pod ścianą” – narzekał, po czym dumnie dodał: „Ja już kończę drugą kadencję”. W domyśle: nie podpiszę, bo co mi zrobicie?
To nie był koniec prezydenckich występów. Duda zdążył się jeszcze obrazić na ministra Sikorskiego za próbę odwołania trzech ambasadorów (czytaj: jego kolegów), po czym obwieścił światu, że „musieli sobie wyjaśnić nieporozumienia” i że było mu… „troszkę przykro”. Tak, w Hadze – między artykułem piątym a zagrożeniem rosyjskim – Duda leczył dyplomatyczne kompleksy.
Kaczyński i jego plan odnowy duchowej narodu
Z kolei Jarosław Kaczyński – ojciec duchowy połowy tej tragikomedii – nie siedział z założonymi rękami. Na kongresie PiS szykuje się jego kolejne namaszczenie na prezesa, a do tego wielki objazd Polski. Bo skoro przegrał wybory parlamentarne, ale wygrał prezydenckie (choć tylko dzięki kandydatowi z tekturową charyzmą), to czas odkurzyć megafon i ruszyć w teren.
Plan? Mobilizacja, destrukcja rządu Tuska, obrona wartości, wróg zewnętrzny, wróg wewnętrzny, wróg klimatyczny. A na koniec Przemysław Czarnek – być może wiceprezes partii, być może szef kancelarii prezydenta Nawrockiego. Piękny przykład politycznego multitaskingu w imię walki z cywilizacją Zachodu, Unią Europejską i postępem.
Bodnar – głos rozsądku z pieczątką
Na tym tle niemal jak kosmita jawi się Adam Bodnar. Spokojny, merytoryczny, nudny w najlepszym znaczeniu tego słowa. Złożył wniosek o przeliczenie głosów w 1472 komisjach wyborczych. Nie, nie dlatego, że chce „obalić wybory”, jak bredzą niektórzy z PiS. Po prostu – jak przystało na Prokuratora Generalnego – chce wyjaśnić wątpliwości. W kraju, gdzie „sfałszowano wybory” to teraz hasło wyborcze, jego podejście brzmi niemal rewolucyjnie: „Sprawdźmy, zanim się pokłócimy”.
Tymczasem – w kosmosie
I wtedy wchodzi Sławosz Uznański-Wiśniewski – cały na biało, a właściwie na srebrno, w skafandrze. Polak w kosmosie, polska nauka na orbicie, eksperymenty z DNA niesporczaków i algi hodowane w nieważkości. Żadnych bluzgów, żadnych awantur o ambasadorów, żadnych wykładów o wiatrakach psujących widok z okna.
Gdy Duda i Trump wygłaszali swoje stand-upy geopolityczne, Uznański siedział przy panoramicznym oknie kapsuły i – być może – zadawał sobie jedno pytanie: czy naprawdę musiałem polecieć aż na orbitę, żeby odpocząć od tego wszystkiego?
ZAPOMNIJ O WĘGLOWYM ŚLADZIE – ZOSTAWIAMY ŚLAD GŁUPOTY NA ORBICIE
(Komentarz niezatwierdzony przez żadnego ambasadora. Bo żaden nie został jeszcze formalnie powołany.)


Dodaj komentarz