
Po spotkaniu w Gabinecie Owalnym, gdy dziennikarze zostali już grzecznie odstawieni za barierki, rozpoczął się drugi akt tego spektaklu – tym razem w wykonaniu Karola Nawrockiego i jego świty. Jeśli w Białym Domu grano amerykański kabaret z Trumpem w roli głównej, to w Blair House rozpoczęła się polska operetka, z trąbami, fanfarami i bębnami, w której głównym solistą był samozwańczy „przywódca regionu”.
Karol Nawrocki wyszedł na mównicę i odtrąbił:
„Jestem przekonany, że w zakresie bezpieczeństwa realizujemy agendę polską, nie zastanawiając się, jak wyglądają pewne emocje polityczne. Ja dziś w Waszyngtonie reprezentowałem rację państwa polskiego, wykonując zadanie, którego polski rząd nie potrafi wykonać.”
Kibolski ring, na którym uczył się zasad polityki, najwyraźniej okazał się wystarczającą szkołą dyplomacji, bo Nawrocki ogłosił się jedynym zdolnym do rozmów z Ameryką. Premier? Rząd? To tylko – jak sam stwierdził – ludzie, którzy „nie radzą sobie od dwóch lat w relacjach polsko-amerykańskich”. No i mamy stratega, wodza, dyplomatę – pełen pakiet.
Potem było jeszcze lepiej. „Pracujemy z USA nad dużym projektem” – zakomunikował z powagą, jakby zdradzał kulisy programu kosmicznego NASA. A zaraz dodał:
„Od jutra sekretarz Hegseth i minister Cenckiewicz będą przygotowywać rozwiązania, które będą dobre dla Polski.”
I tu nastąpił moment kulminacyjny farsy. Sławomir Cenckiewicz, znany z tego, że nie ma dostępu do informacji niejawnych, miałby współpracować z sekretarzem obrony USA. To tak, jakby ochroniarz z klubu nocnego negocjował kontrakt na budowę lotniskowców. Ale kto by się przejmował detalami – skoro fiesta trwa, to każdy może chwycić za bębenek.
Adam Bielan pojawił się, by dorzucić swoje trzy grosze, a Marcin Przydacz od razu zadął w trąbę propagandy. Powstał chór, który wtórował wodzowi: Polska jest liderem regionu, Polska ma projekty, Polska będzie miała więcej amerykańskich żołnierzy. „Polska jest wyjątkowym, szczególnym sojusznikiem” – powtarzał Nawrocki, jakby cytował reklamę proszku do prania.
Kulisy zamkniętego spotkania, które sam opisywał, brzmiały jak notatka z podręcznika dla początkujących polityków: potępił Putina, zaprosił Trumpa do Polski, dostał zaproszenie na G20 na Florydzie, a do tego dorzucił inicjatywę Trójmorza i amerykański gaz. Pełen koszyk sukcesów – niczym kibol po meczu, który wyniósł z trybun wszystkie trofea, jakie się nawinęły.
Na koniec Nawrocki, rozemocjonowany, rzucił w eter:
„Cieszę się, że realizuję swoje założenia i będę to robił z pełną konsekwencją.”
Po nim wystąpili tłumacze, rzecznicy i ministrowie – każdy chciał dołożyć swoją fanfarę. I tak z poważnej wizyty dyplomatycznej zrobił się marsz radości. Cyrk, fiesta, parada sukcesu, w której rolę stratega i wodza odegrał człowiek, który jeszcze niedawno uczył się retoryki z kibicowskich przyśpiewek. Aż chciałoby się zapytać: czy naprawdę to jest ten „duży projekt”, o którym mówił? Bo na razie wygląda, jakby polegał głównie na graniu na bębnach.

Dodaj komentarz