OBIAD DWÓCH STARUCHÓW, CZYLI LIBERAŁ I REPUBLIKANIN WCHODZĄ DO BARU…

Warszawa

(Warszawa, 2 stycznia, Nowy Rok – nowe nadciśnienie)

To miało być niewinne spotkanie dwóch starych znajomych. Takie z gatunku „co słychać?”, „żyjesz jeszcze?”, „jak prostata?”. Ale nie, nie z nami te numery. Gdy dwóch facetów po siedemdziesiątce spotyka się w Warszawie 2 stycznia i obaj mają obywatelstwo USA, z czego jeden mentalnie mieszka dalej w PRL-u, a drugi pisze laurki Tuskowi — to nie będzie „herbatka u cioci”. To będzie polityczne starcie tytanów geriatrii.

Znamy się z tym moim przyjacielem od ponad sześćdziesięciu lat, czyli od czasów, gdy telewizor był czarno-biały, a chłopcy na podwórku rzucali patykiem, nie tweetem. On dziś jest profesorem, lekarzem, onkologiem, dyrektorem instytutu. Człowiek z dorobkiem większym niż program TVP Info w roku wyborczym. Pracował w USA, w Europie, z niejednego rezonansu magnetycznego chleb jadł. Mózg jak brzytwa, ale system operacyjny zainstalowany w czasach, gdy Gomułka był jeszcze w miarę elastyczny.

Mentalnie? Coś między Towarzyszem Szmaciakiem a komentatorem Radia Maryja. Twierdzi, że jest republikaninem i konserwatystą, co oznacza mniej więcej tyle, że lubi porządek, nie znosi gender, a jak słyszy o „ekologii” to mu się przypomina jak w PRL-u mleko było w szklanych butelkach i nikt nie narzekał. Konserwatyzm z elementami Mentzena, szczyptą Brauna i jednym, nieśmiałym westchnięciem w stronę Korwina.

A ja? No cóż, Tusk wygrywa – ja otwieram prosecco. Liberał z odruchem Pawłowa na każde zdanie zaczynające się od „a za Tuska…”. Ufam demokracji bardziej niż prognozie pogody, uważam że państwo prawa to nie żart, i że IPN powinien zostać przeniesiony do escape roomu i zostawiony tam bez klucza.

Usiedliśmy przy obiedzie. Warszawa powoli wypełzała z noworocznego kaca. W tle brzdąkała muzyka, którą ja nazwałbym jazzem, a on „diabelskim chaosem”. Zjedliśmy zupę, wypiliśmy piwo i wymieniliśmy świeże informacje: kto się rozchorował, kto rozwiódł, kto owdowiał, a kto zrobił operację biodra tak udaną, że teraz chodzi szybciej niż w latach 90.

Było miło, ciepło, starczo — aż ktoś wypowiedział zaklęcie:
— A słyszałeś orędzie Tuska?

I bum.

Zrobiło się gęsto jak w smogu nad Radomiem. Mój przyjaciel spojrzał na mnie, jakby właśnie odkrył, że sympatyzuję z Zielonymi i jem tofu.
Orędzie Tuska?! – wypluł jakby to była nazwa choroby zakaźnej. – Toż to PR-owska manipulacja pod publiczkę. Lepiej było posłuchać Nawrockiego.
Tak, szczególnie jeśli ktoś lubi bajki science-fiction – odpowiedziałem, zatapiając widelec w schabowym.

I tak się zaczęło. On bronił suwerenności, konserwatywnych wartości i mądrości Kaczyńskiego. Ja z kolei przytaczałem fakty, konstytucję i statystyki z większą pasją niż nauczyciel WOS-u przed emeryturą. On mówił, że „Tusk to niemiecki agent”, ja odpowiadałem, że to bzdura rodem z memów dla ciotek w Rzeszowie.

W tle przewinęli się też Putin, Trump, Biden, Zelenski, Jan Paweł II (bo musi się przewinąć), Soros (obowiązkowo), i — uwaga — papież Franciszek, który, zdaniem mojego przyjaciela, „trochę przesadzał z tą empatią”.

Przerzucaliśmy się argumentami jak dzieci kapiszonami. Ale z klasą! On przywoływał Senekę i Thomasa Sowella, ja — Rorty’ego, Bartoszewskiego i Google’a. Zrobiliśmy nawet chwilową przerwę na temat „czy szczepionki są dobre” i „czy Niemcy z Chińczykami naprawdę chcą nas skolonizować przez elektryczne samochody”. Na szczęście kelner doniósł kolejne piwo i temat zdechł śmiercią naturalną, jak dyskusja w TV Republika o globalnym ociepleniu.

A potem, jak to u starych bywa — emocje opadły, brzuchy się zaokrągliły, a serce zmiękło.

Spojrzeliśmy na siebie i się uśmiechnęliśmy. Nie dlatego, że się przekonaliśmy. O nie, każdy z nas był dalej tam, gdzie stał: ja przy demokracji liberalnej, on przy bastionach suwerenności i TVP Historia. Ale zrozumieliśmy coś ważniejszego — że nasza różnica to nie przepaść, tylko pretekst do spotkania.
Jak stare kabareciarskie duety: jeden poważny, drugi głupi. Tylko że nie wiadomo, który który.

Na koniec padło to, co zawsze powinno paść po dobrej kłótni przy stole:
— No dobra, jeszcze się spotkamy. I znów się pokłócimy. Dla zdrowia. Dla formy. Dla sportu.

I to jest nasze noworoczne postanowienie.
Nie schudniemy. Nie rzucimy polityki.
Ale będziemy się dalej spierać — z uśmiechem i serdecznością.

Bo jak mawiają starzy filozofowie z baru mlecznego:
„Nie ten jest przyjacielem, kto ci przytakuje, tylko ten, kto cię potrafi nazwać idiotą z miłością w oczach.”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights