

Są takie poranki, kiedy człowiek budzi się, patrzy na światowe nagłówki i ma wrażenie, że ludzkość dostała od natury nie tylko rozum — ale też jakiś ponury gen samodestrukcji, który uruchamia się zawsze wtedy, gdy dzieje się już całkiem nieźle. Jakbyśmy panicznie bali się spokoju. Jakby prosperity nas nudziło. Jakbyśmy dopiero przy krawędzi czuli, że żyjemy.
I wtedy wybieramy sobie polityków, którzy wyglądają jak gotowy przepis na katastrofę. Ba! My ich nie tylko wybieramy — my ich wielbimy, bronimy, nosimy na rękach, a potem patrzymy ze zdziwieniem, jak prowadzą nas wprost pod walec historii.
Kiedy patrzę na to wszystko — Trumpa gotowego rozpalić globalną reakcję zapaloną cłami, polityków w Polsce traktujących państwo jak laboratorium, w którym uczeni rzucają w siebie pipetami, mułłów w Iranie stojących z ręką na zaworze ropy, czy Brytyjczyków zastanawiających się, czy przypadkiem nie podpisali własnej wersji aktu kapitulacji — pytam siebie: Dlaczego my to robimy?
DLACZEGO TAK ŁATWO NAMI MANIPULOWAĆ?
Bo człowiek, choć dumny z własnej logiki, wcale logiką się nie kieruje. Kierują nim trzy stare jak świat bodźce:
1. Strach.
Ten najbardziej pierwotny. Ten, który Trump wykorzystuje jak wirus wykorzystuje słaby układ odpornościowy — wnika tam, gdzie najłatwiej wywołać gorączkę społeczną. Straszy Chinami, imigrantami, „okradającymi Amerykę” krajami. Straszy tym, co nieznane. A wyborca, zamiast zapytać „ale jakie są fakty?”, pyta: „kto ma większy kij?”.
2. Złość.
Złość to wygodne paliwo polityczne. Nie trzeba niczego tłumaczyć, niczego budować. Wystarczy wskazać wroga. W Polsce robi się to od lat — raz wróg mieszka w Brukseli, raz w sądzie, raz w mediach. Wróg jest świetnym usprawiedliwieniem własnej impotencji.
3. Tęsknota za prostotą.
W świecie coraz bardziej skomplikowanym największą ulgą jest usłyszeć: „To proste. Ja to załatwię”. Nawet jeśli to kłamstwo. Nawet jeśli prowadzi w przepaść.
TRUMP I JEGO CŁA: ZDJĘCIA RENTGENOWSKIE AMERYKAŃSKIEJ PSYCHE
Wystarczy spojrzeć na Trumpa, który po wyroku Sądu Najwyższego przyszedł do mikrofonu jak obrażony kucharz i ogłosił:
„Skoro nie mogę nałożyć dolara cła, to nałożę piętnaście.”
Brzmi to jak dziecko, które w sklepie z zabawkami wrzeszczy: „To JA decyduję!”. Tyle że dziecko nie ma dostępu do bombowców B‑2, floty w Zatoce Perskiej ani nie potrafi zatrząść rynkami instrumentów gospodarczych.
Amerykanie patrzą na to z obawą, ale wciąż jedna część społeczeństwa klaszcze, bo widzi w tym „siłę”. Nie pyta, czy efektem będzie inflacja, recesja, konflikt globalny czy kolejne zaognienie relacji handlowych. Ważne, że lider krzyczy donośnie. Ważne, że wali pięścią w stół.
A może właśnie o to chodzi? Może współczesny wyborca już dojrzał, by odrzucić merytokrację? Może woli show od rządzenia, wrzask od argumentu, impuls od analizy?
BRYTYJSKI STRACH WIĘKSZY NIŻ SOJUSZE
A w tle — Iran. Cieśnina Ormuz. Bazy wojskowe. I Brytyjczycy, którzy nagle odkryli, że bycie sojusznikiem Ameryki wcale nie oznacza, że trzeba się zgadzać na wszystko.
Starmer patrzy na Trumpa i myśli pewnie: „Czy ja naprawdę chcę podpisać się pod czymś, co może rozpalić pół regionu?”. I ma rację, bo Iran to nie teatr. To zapalnik. A w tej biotopie Bliskiego Wschodu, gdzie jeden impuls potrafi wywołać reakcję łańcuchową wystarczy jedna iskra.
Starmer kalkuluje, waży ryzyka, przegląda opinie prawne. A Trump? Trump widzi to inaczej: „Nie pozwolisz mi użyć bazy? Jak to — przecież jesteśmy sojusznikami!”.
To nie jest rozmowa partnerów. To jest jak spór dwóch politycznych samców alfa, którzy zamiast argumentów przerzucają się okrzykami i próbują udowodnić, kto głośniej tupnie, a nie kto ma rację.
POLSKA: TU GEN SAMODESTRUKCJI MA SIĘ NAJLEPIEJ
Czy my w Polsce jesteśmy inni? Nie. My pielęgnujemy własny ogródek absurdów.
Nawrocki osiągnął tempo wet, którego nie powstydziłby się robotnik linii produkcyjnej. Wetuje jak automat: bez refleksji, bez strategii, bez umiaru. I jak tu budować państwo, skoro przy każdym ruchu ktoś wciska przycisk STOP?
PiS tymczasem wewnętrznie fermentuje. Kaczyński próbuje jeszcze raz odtworzyć dawne zwycięstwa metodą: „wybieram jednego i wszyscy za nim!”. Problem w tym, że tym razem nikt już nie stoi w równym szeregu. Partia przypomina kolonię bakterii w zbyt ciasnej probówce — jedne wydzielają toksyny, drugie mutują, a wszystkie konkurują o ten sam malejący zasób tlenu.
Naród patrzy, wzdycha i… wciąż głosuje. Na przemian. Na tych, którzy go wykorzystują. Na tych, którzy obiecują. Na tych, którzy najgłośniej krzyczą.
I tu wracamy do pytania głównego: Czy naprawdę mamy w sobie gen samozagłady? Czy nadzieja jest już tylko dodatkiem do historii — jak listek aloesu przyklejony na otwarte złamanie — ładnie wygląda, ale niczego nie leczy?
LUDZKOŚĆ: GATUNEK, KTÓRY NIE UMIE UCZYĆ SIĘ NA BŁĘDACH
Za każdym razem, gdy świat staje nad przepaścią, pojawia się analityk, który mówi: „To już było. Z historii wiemy, że…”. I tu następuje wywód o roku 1929, 1938, 1973 …
Tylko że historia nas niczego nie uczy. Bo nie chce nam się jej słuchać.
Wolimy prostą obietnicę niż trudną prawdę. Wolimy silnego lidera niż odpowiedzialną instytucję. Wolimy konflikt niż kompromis.
A może najgorsze jest to, że decyzje, które dziś podejmujemy — wybierając polityków, którzy karmią nasze najniższe instynkty — będą płonąć jeszcze długo po tym, jak my odejdziemy od stołu.
DLACZEGO WYBIERAMY IDIOTÓW?
Bo idioci mówią do naszego strachu. Bo idioci obiecują bez wysiłku. Bo idioci nie męczą nas wiedzą, faktami, logiką. Bo idioci są emocjonalnie dostępni.
Mądrość wymaga ciszy, czasu i namysłu. Głupota krzyczy natychmiast.
Dlatego wygrywa.
MOŻE JEDNAK TO NIE GEN, A LENISTWO
Być może nie mamy genu samodestrukcji. Może po prostu mamy gen wygody.
Wygodniej wierzyć w prostą obietnicę. Wygodniej żyć w bańce medialnej. Wygodniej obwiniać kogoś innego. Wygodniej nie analizować.
Ale to właśnie wygoda tworzy przestrzeń dla politycznych hochsztaplerów. Dla krzykaczy. Dla populistów. Dla tych, którzy mówią: „Ja to zrobię za was. Wy tylko mnie wybierzcie”.
A potem robią — ale nam, nie dla nas.
I tak toczy się świat, w którym człowiek — gatunek zdolny do lotów kosmicznych — wciąż nie nauczył się wybierać liderów, którzy potrafią policzyć do dziesięciu, zanim podejmą decyzję o globalnych cłach.
Świat, który sam przegrzewa własny metabolizm, doprowadzając system do autodestrukcyjnej gorączki.
Świat, który wciąż nie rozumie, że jeśli organizm ma wariujący mózg, to cały układ jednocześnie zaczyna działać jak w sepsie — niszcząc siebie, zanim zdąży się zorientować, że umiera.
A wtedy nikt nie zdąży powiedzieć: „Przecież ostrzegaliśmy”.

Dodaj komentarz