


No i pojawił się ON. Tom Rose. Człowiek, który jeszcze nie zdążył odebrać kluczy do ambasady, a już zdążył pouczyć polski rząd, polski parlament, polską politykę i pewnie chętnie pouczyłby jeszcze polską pogodę, gdyby miał numer telefonu.
Kim jest ta postać? W świecie dyplomacji określa się to elegancko: „człowiek z misją”. W świecie normalnych ludzi mówi się o takich prościej: kanalia z ambicjami kolonizatora.
ZANIM PRZYJECHAŁ — JUŻ KRZYCZAŁ
Nim samolot Rose’a wylądował w Warszawie, ten już z Twittera (czy jak to tam się nazywa dziś — X, czyli literka, którą można podpisać testament) wykrzykiwał do Tuska:
— „Polska ma się sprzeciwić unijnemu pakietowi Omnibus, bo Amerykańskim Firmom stanie się krzywda!”
Czy trzeba dodawać, że trzy czwarte tych firm płaci podatki w rajach podatkowych, a w Europie widzi głównie rynek zbytu i tanią siłę roboczą?
Rose przyjechał z misją: najpierw nakrzyczeć, potem zapytać o drogę.
AMBASADOR W STYLU TRUMPA
Rose to prototyp dyplomaty z epoki Trumpa: zamiast miękkiej siły — buta, zamiast argumentów — groźby, zamiast rozmowy — tweet.
Widać, że pan ambasador wyobraża sobie Polskę jako taki trochę Teksas Europy: przyjedzie, stuknie butem o podłogę i powie:
— „Od dziś robicie tak, jak chce Waszyngton, bo Donald Trump to obserwuje.”
A Polska — kraj z ponad tysiącletnią historią, ze strategią bezpieczeństwa, z armią, z rządem, z premierem, z prezydentem (no, tu możemy mieć wątpliwości) — ma mu grzecznie odpowiedzieć:
— „Tak, panie Tomku.”
Ale tu jest Europa. Tu jest Unia. I tu nagle wyskakuje Zandberg, mówiąc z miną proroka:
— „Polska jest suwerenna, a nie zależna.”
I takiego tweetu Rose się nie spodziewał.
TUSK — CHŁODNY, JAKBY WIDYWAŁ TAKICH SETKI
Donald Tusk na takie popisy patrzy jak chirurg na pacjenta, który w trakcie zabiegu zaczyna cytować antyszczepionkowe fora.
Spokojnie, chłodno, z lekkim politowaniem.
Wie doskonale, że tacy ambasadorowie pojawiają się i znikają, ale państwo zostaje. I trzeba je chronić przed amatorami dyplomacji.
RÓŻNICA MIĘDZY ROSE’EM A NAWROCKIM
Co ciekawe — Rose i Nawrocki mają wiele wspólnego:
- obaj myślą, że krzyk jest argumentem,
- obaj wierzą, że Trump ich kocha,
- obaj nie rozumieją, że Unia to projekt polityczny, a nie sklep z narzędziami,
- obaj kochają autorytarne gesty.
Różnica? Nawrocki jest naszym problemem. Rose — tylko gościnnym epizodem.
I o ile gości zwykle się nie obraża, o tyle nikt nie ma obowiązku trzymać ich za rękę, gdy próbują ustawiać politykę całego kraju.
KONKLUZJA: TU NIE JEST WASZYNGTON, TOM
Pan ambasador Rose pewnie chciał dobrze. Problem w tym, że sposób, w jaki „chciał dobrze”, przypomina technikę negocjacji amerykańskich kowbojów: najpierw huknij, potem sprawdź, czy koń cię nie kopnie.
Ale Polska to nie rodeo.
Polska to kraj, w którym premier mówi jasno:
— „Nie cofniemy się ani o milimetr.”
Polska to kraj, w którym nawet Lewica odpowiada USA:
— „Halo, mamy własne interesy.”
Polska to kraj, w którym ambasadorzy powinni znać jedno bardzo ważne słowo:
suwerenność.
I jeśli Rose myśli, że będzie nam układał politykę europejską, to niech najpierw nauczy się wymawiać nazwę naszego kraju bez akcentu jak z filmów o Jamesie Bondzie.
LIST OTWARTY DO AMBASADORA USA: TOM, USPOKÓJ SIĘ
Szanowny Panie Ambasadorze,
to my — Polacy. Naród, który widział już wszystko: zaborców, komisarzy ludowych, traktaty, okupacje, transformacje, kryzysy, geniuszy politycznych i kompletnych nieudaczników. Proszę nam wierzyć — niełatwo nas zaskoczyć.
A jednak się Panu udało.
Po pierwsze: dopiero Pan przyleciał.
My jeszcze kawy dla Pana nie zdążyliśmy zaparzyć, a Pan już zdążył nam powiedzieć, jak głosować w Brukseli, jak myśleć o biznesie, jak interpretować unijne przepisy i jak chronić interesy… amerykańskich firm.
Tom, kochany. My mamy tu własne firmy, własne problemy, własne rachunki za prąd — i naprawdę niewiele czasu, by ogarniać projekty energetyczne prezydenta, który wetuje szybciej niż mówi.
Po drugie: Polska nie jest stanem USA.
Choć kilka amerykańskich korporacji chciałoby tak to załatwić. Tu nie działa zasada „zadzwonię do senatora i załatwione”.
My mamy Unię. Mamy Sejm. Mamy rząd, który potrafi odpowiedzieć „nie”. I mamy prezydenta, który odpowiada „nie” zawsze, ale najczęściej nie wiadomo dlaczego.
Po trzecie: Zandberg już Panu odpowiedział.
To jest u nas taki zwyczaj: jeśli ktoś z zewnątrz próbuje nam urządzać politykę — to nawet Lewica przypomina, że jesteśmy krajem suwerennym.
Niech Pan tego nie lekceważy. Jeśli Zandberg i Biejat mówią głosem państwa, to znaczy, że naprawdę przekroczono granicę.
Po czwarte: Nie musimy bronić amerykańskich korporacji przed UE.
One radzą sobie lepiej niż dobrze. Mają prawników, floty, lobbystów, holdingi i oddziały w pięciu strefach czasowych. Europa nie musi być ich nianią.
A na koniec — Panie Tom:
My życzymy Panu powodzenia w Polsce. Ale jeśli chce Pan tu działać skutecznie, to najpierw proszę posłuchać, potem zrozumieć, a dopiero na końcu mówić.
Bo w przeciwnym razie to nie Pan będzie nas pouczał — to my będziemy Pana cytować. I to raczej nie w kategoriach dyplomatycznych.
Z wyrazami umiarkowanego szacunku,
Polacy

Dodaj komentarz