










Jeśli kiedykolwiek pomyślisz, że twoja praca nie ma sensu, wspomnij Waldemara Żurka. Ten człowiek – niczym Don Kichot uzbrojony w Kodeks Postępowania Cywilnego – właśnie zaprezentował projekt ustawy, który ma uregulować status tzw. neosędziów, przywrócić godność Temidzie i – cóż – zapewne wyląduje w szufladzie Pałacu Prezydenckiego z napisem: „Do odrzucenia bez czytania”.
Minister sprawiedliwości nie poddaje się jednak ani logice polskiej legislacji, ani politycznym zaklęciom Pałacu. – Chcemy jak najszybciej przywrócić prawidłowe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości – ogłosił z powagą człowieka, który wie, że ma rację, nawet jeśli wszyscy wokół udają, że nie wiedzą, o co chodzi. Projekt ustawy praworządnościowej przewiduje uporządkowanie statusu neosędziów, zwiększenie efektywności sądów oraz – jak sam Żurek zaznaczył – stabilizację systemu bez stosów dla czarownic.
Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że Polska polityka działa według zasady: im coś jest rozsądniejsze, tym większa szansa, że zostanie storpedowane. I tu na scenę wkracza prezydent Karol „Weto” Nawrocki – człowiek, który listy do Ursuli von der Leyen pisze częściej niż niektórzy posłowie czytają konstytucję. Najnowsza wiadomość z Pałacu: Polska nie zgodzi się na rozlokowanie nielegalnych migrantów. Punkt. Paragraf. Amen.
Nawrocki przypomina w liście decyzję Angeli Merkel z 2015 roku, jakby próbował zrekonstruować wydarzenia sprzed dekady i udowodnić, że to wszystko jej wina – kryzys migracyjny, inflacja i być może również dziura ozonowa. Po raz kolejny Polska wysyła Europie sygnał: „My już byliśmy solidarni. W sobotę. Przez dwie godziny. Wystarczy.”
A tymczasem w innym wymiarze rzeczywistości – literackim – poznaliśmy tegorocznego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Został nim László Krasznahorkai, pisarz węgierski, znany z tekstów tak gęstych, że po ich przeczytaniu człowiek czuje się, jakby właśnie skończył maraton filozoficzno-apokaliptycznych rozważań. Komitet Noblowski przyznał nagrodę „za fascynującą i wizjonerską twórczość, która w obliczu apokaliptycznego terroru potwierdza siłę sztuki”. Czyli dokładnie to, czego nam teraz potrzeba – wizjonerskiej literatury w czasach kryzysu wszystkiego.
Krasznahorkai powiedział kiedyś w wywiadzie: „Nie ma już obywateli świata, bo do tego potrzebny byłby świat, a świata nie ma – są tylko rynki”. W Polsce to tłumaczy się prościej: „Jak się skończy promocja w Lidlu, to nie ma świata, jest tylko inflacja”.
I skoro już o końcu świata mowa – oto nowy raport Prudential Family Index 2025. Wynika z niego, że niemal połowa Polaków spodziewa się emerytury niższej niż 3000 złotych miesięcznie, a większość potrzeb finansowych emeryta mieści się w widełkach 5–8 tysięcy złotych. Rozwiązanie? Gry losowe. Polacy coraz częściej pokładają nadzieję w totolotku, bo wygrana w Lotto wydaje się bardziej prawdopodobna niż podniesienie świadczeń emerytalnych.
To trochę jakby ktoś planował starość w oparciu o horoskop z gazety z 1997 roku. „Czy będzie mnie stać na leki?” – „To zależy, czy trafisz szóstkę.”
Tymczasem w Warszawie wybucha kolejna afera – urzędnik pracujący w stołecznym ratuszu okazuje się być… agentem rosyjskiego wywiadu. Tak, dobrze czytasz. W czasach, gdy nie mamy pieniędzy na emerytury, atomówki dopiero się rysują na papierze, a sądy działają jak przepustnica zardzewiałego Poloneza, Moskwa zainstalowała sobie kreta w urzędzie. Cóż, przynajmniej ktoś bierze nas jeszcze na poważnie.
Ale nie tylko Warszawa żyje dramatem. W Niemczech aż 200 tysięcy osób może stracić pracę w przemyśle motoryzacyjnym. Kanclerz Friedrich Merz zwołuje koncerny, by rozmawiać o ratowaniu branży. A my? My patrzymy z podziwem, bo u nas nikt nie zwołuje niczego, chyba że do marszu przeciw migrantom albo na komisję sejmową w sprawie nieobecnych posłów.
A na Bliskim Wschodzie, jak z bajki o alternatywnej rzeczywistości, Donald Trump ogłasza pokój. Tak, ten sam Trump, który kiedyś chciał zbudować mur, teraz przykleja plaster na konflikt izraelsko-palestyński. I jak to u Trumpa – wszystko odbywa się z rozmachem i marketingiem. Sekretarz stanu Rubio wręcza mu tajemniczą karteczkę w czasie konferencji prasowej: „Jesteśmy blisko. Potrzebujemy Twojej zgody, by ogłosić to jako Twój sukces”. Trump ogłasza. Pokój trwały. Silny. Wieczny. Prawie jak jego ego.
Tymczasem Domański przedstawia budżet, który według niektórych jest jak dzieło science fiction – liczby się zgadzają tylko w Excelu. Mentzen nazywa go katastrofą, Zandberg widzi w nim biedowanie, a Kuźmiuk z PiS twierdzi, że minister „jest w kosmosie” i powinien wylądować. Krótko mówiąc – klasyczna debata w Sejmie. Trochę dramatu, trochę komedii, zero planów naprawczych.
Nie mógł jednak pozostać w cieniu sam Jarosław Kaczyński. Prezes PiS z typową dla siebie subtelnością wystosował apel do narodu, w którym oskarżył rząd o „szerzenie zła”. Wzywa do marszu przeciwko paktowi migracyjnemu, przeciwko umowie Mercosur i oczywiście przeciwko całej tej niewygodnej demokracji, która ośmiela się mieć inne zdanie niż on. „Ten rząd szkodzi Polsce każdego dnia!” – grzmi na platformie X, dodając, że umowa z krajami Mercosur zniszczy rolnictwo, a reforma sądownictwa to „represje wobec opozycji”. Można odnieść wrażenie, że Jarosław już dawno odnalazł swoje miejsce – nie w Sejmie, nie w debacie publicznej, tylko w operze narodowego patosu.
W tle, prawie niezauważenie, pojawia się też wiadomość, że Polska zbliża się do udziału w budowie elektrowni atomowej w Choczewie. Czyli coś wreszcie może świecić. Może nawet nadzieja. Choć bardziej prawdopodobne, że najpierw zabłyśnie żarówka nad głową Donalda Trumpa, gdy będzie podpisywał kolejny rozejm gdzieś w Azji.
I w tym całym galimatiasie siedzi Waldemar Żurek – minister, który pisze ustawy, wiedząc, że zostaną zawetowane. Jak ten człowiek od kierunkowskazów w BMW – może nikt nie użyje, ale jak już ktoś sięgnie po dźwignię, świat będzie bezpieczniejszy.
Za to prezydent Nawrocki? On ma już przygotowane „nie”, gotowe do podpisu. Listy napisane, weta naszykowane, migranci odrzuceni, a Polska – jak zwykle – na rozdrożu, które zna na pamięć.
Dobranoc, Polsko. Trzymajcie się. I nie liczcie na cud – chyba że macie szczęśliwy kupon Lotto.

Dodaj komentarz