
No dobrze, drogi Czytelniku. Jeśli jeszcze nie popuściłeś ze śmiechu po lekturze złotych myśli Donalda Trumpa, to znaczy, że masz albo żelazne nerwy, albo dopiero wstałeś. Oto bowiem przyszło nam żyć w czasach, gdy Pokojową Nagrodę Nobla można rzekomo przyjąć na cześć Donalda Trumpa. Czekam już tylko na moment, kiedy jakaś stara ciotka powie, że zakisiła ogórki „na chwałę Donalda”.
Trump, człowiek skromniejszy niż wieża Eiffla na sterydach, oznajmił światu, że Maria Corina Machado – kobieta, która ryzykowała życiem dla wolności Wenezueli – zadzwoniła do niego i powiedziała mu, że nagroda to właściwie jego zasługa. Powiedzieć, że to zakrawa na kabaret, to jak powiedzieć, że Kaczyński lubi samotne spacery po ruinach demokracji.
Pan Donald, jak przystało na samozwańczego mesjasza pokoju, dodał jeszcze, że „nie powiedział, żeby mu oddała nagrodę… ALE mogła.” To tak jakby złodziej powiedział: „Nie powiedziałem, żeby mi dała torebkę… ALE gdyby ją rzuciła, to bym podniósł, wiadomo.” Styl negocjacyjny – Goebbels spotyka Kevina Sam W Domu.

Tymczasem Donald Tusk…
W tle tego noblowskiego cyrku z kartonu, nasz polski Don Donald, Tusk–Piękny, Tusk–Błyskotliwy, Tusk–Złośliwy jak cholera, wrzucił na platformę X złotą perełkę: „Tylko Kaczyński potrafi najpierw ściągnąć rekordową liczbę migrantów do Polski, a potem protestować przeciwko migracji.” Touché, Donciu. Można by rzec, że Jarosław to taki polski alchemik – umie stworzyć problem z powietrza, a potem sprzedawać jego rozwiązanie w reklamie z dramatyczną muzyką.
Jarosław „Ojciec Narodu i innych osób” Kaczyński robi obecnie manifestacje na Placu Zamkowym, próbując udawać, że to Konfederacja wymyśliła ksenofobię, a PiS tylko ją „troszkę podrasował”. Zainteresowanie w partii umiarkowane, jak na spotkanie koła szachowego w Domu Pogrzebowym. Ale nie szkodzi – autobusami się dowiezie. Trochę jak na kolonię z ZUS-u.
Ale wróćmy do trumpowego szału…
Wszyscy wiedzieliśmy, że Trump ma ego wielkości galaktyki, ale teraz okazuje się, że ma także skłonność do konfabulacji tak barwnych, że Andersen wstałby z grobu i zanotował. Rozmowa z noblistką? Owszem, może i była. Ale czy powiedziała, że nagroda jest dla niego? Tylko jeśli wcześniej wyświetliła się jej w telefonie nazwa kontaktu „Pan Bóg”.
Machado – kobieta, która mogłaby mieć przydomek „Matka Odwagi, Prawdy i Wi-Fi” – przez dekady walczyła o demokrację, siedziała w aresztach, żyła w ukryciu, organizowała protesty, wściekała dyktatorów. A tu nagle wpada Trump, wciskając się w historię jak dziecko do przedszkolnej inscenizacji. Z tą różnicą, że przedszkolak nie żąda, by dać mu główną rolę po fakcie.
I co na to świat?
Nic. Świat wzruszył ramionami. Norwegowie z Komitetu Noblowskiego zapewne spojrzeli na telefon Trumpa, westchnęli i poszli dalej szukać kandydatów, którzy rzeczywiście robią coś dla pokoju. A Donald dalej kroczy przez świat jak Napoleon w klapkach – z przekonaniem, że historia czeka tylko na jego selfie.
Tymczasem Donald Tusk… znów z klasą.
Bo nasz Donald, choć może nie ma złotych wieżowców ani żony z plastiku, to jednak posiada jedną kluczową cechę: świadomość, że polityka to nie kabaret, tylko czasem trzeba w nim występować, żeby nie dopuścić do tragifarsy. I robi to z finezją, którą Trumpowi może co najwyżej wyhaftować na krawacie.
Więc dziękuję ci, Trumpie, za kolejny rozdział w encyklopedii absurdu. A ty, Tusku – dzięki za to, że jeszcze mamy w tym świecie kogoś, kto nie myli Pokojowej Nagrody Nobla z kuponem rabatowym na cheeseburgery.
Podsumowanie?
Machado zasłużyła na Nobla. Trump zasłużył na… uwaga… nagrodę pocieszenia. Może w postaci karnetu do spa, gdzie będzie mógł rozmawiać z własnym odbiciem o swoich wielkich zasługach. I tam, proszę bardzo, niech sobie nawet przyzna Pokojową Nagrodę Nobla. Własnoręcznie. Z waty cukrowej.

Dodaj komentarz