NIEPODLEGŁOŚĆ PO BIELEJEWSKU, CZYLI RZECZ O BIAŁO-CZERWONYM ZADUMANIU I CZYSTEJ WÓDCE, JAK ŁZA ZŁOŚLIWOŚCI

Warszawa

W Bielejewie, wsi zacnej i przez Boga umiarkowanie nawiedzonej, obchody Święta Niepodległości przebiegły jak zawsze: z godnością, głębią i przy zakąsce. Bo w Bielejewie nie trzeba rac do wzruszeń, petard do patriotyzmu ani Nawrockiego i Mentzena do rozrywki. Wystarczą bimber, śledź, wiejska muzyka z głośnika na baterie i rozum – towar deficytowy w Warszawie, ale u nas wciąż w obrocie.

Zanim jednak zasiadło się przy stole, to była feta jak się patrzy. Dla dzieci karuzela, wata cukrowa, baloniki w biało-czerwonych barwach (biało na górze, czerwono na dole – bo w Bielejewie flaga to nie tapeta). Na placu przed remizą, gdzie zwykle strażacy ćwiczą podlewanie hydrantu, stanęły stoiska z pajdą chleba, z kiszonką i z kisielem. Nawet ksiądz odprawił mszę za Ojczyznę – patriotycznie, bez polityki, z kazaniem krótkim i na temat. Powiedział swoje, pokropił, co miał pokropić, i czmychnął, zanim zaczęto pytać o poglądy.

A potem – jak Pan Bóg przykazał – przeniesiono się do stodoły Władka Wrony, chłopa tak mądrego, że nawet jego kura przestała gdakać, żeby go nie zagłuszać. Był stół, biały obrus, ogórek kiszony jak należy, chleb własny, bimber o nazwie „Sankcja UE” i flaga na kiju od wideł – bo patriotyzm, wiadomo, nie potrzebuje dronów i pirotechniki, tylko prostoty i prawdy.

– Patrzcie, chłopy, – zaczął Staszek Gęsior, miejscowy filozof z zawodu rolnik, z zamiłowania komentator polityczny – jak oni tam w Warszawie obchodzą to święto, to aż krowy mleko gorzkie dają.

– A ten Nawrocki – dodał Jędrek spod lasu – znowu z tą miną, jakby właśnie zobaczył, że na Konstytucję mu zupę wylali. Stoi w tym dymie z rac, jak kogut w sadzy i grozi wszystkim i wszystkiemu, co się rusza. Chłop wygląda, jakby całe życie trenował w krzakach za boiskiem.

– On to chyba myśli, że jak wrzaśnie „Czołem wielkiej Polsce!” to mu IQ wzrośnie – rzuciła Marysia od sołtysa, co zawsze trafia w sedno, nawet jak rzuca gumiakiem.

W telewizji leciały relacje z Marszu Niepodległości. Race, krzyki, przemówienia Bosaka, który mówi tak, jakby połknął instrukcję obsługi starego cepa. Mentzen szczerzył zęby do kamery jak lis do kur, zapowiadał race jakby to były święte ognie, a nie znamię kompletnego braku rozsądku. W tłumie Kaczyński, Bąkiewicz i reszta idiotów.

– Mentzen to by nawet na chrzcie grzmotnął petardą, żeby się dziecko patriotyzmu nie bało – zauważył sołtys Janek. – A Bosak gada o Europie patrzącej na nas. Patrzy, patrzy – jak na wieśniaka w gnoju, co krzyczy, że jest cesarzem.

Nad stołem unosił się zapach swojskiego jadła i gorzkiej refleksji. Bo choć śmiechu było sporo, to pod spodem czaiła się zaduma.

– Kiedyś to Piłsudski szedł w marszu, a dziś idą Braun i Bąkiewicz – rzekł dziadek Franek, co przeżył więcej niż niejedna ustawa. – Tamten miał maczugę historii, a ci mają pałki teleskopowe i telefon do redaktora z TV Republika.

– Braun to wygląda, jakby mu się niepodległość z apokalipsą pomyliła – powiedziała Hela z mleczarni. – Krzyczy o świętości i wolności, a jakby mu dać mikrofon dłużej, to by wszystkim kazał chodzić w pokutnych workach i odmawiać „Zdrowaśki” do krzyża z kartonu.

Ktoś puścił z telefonu wystąpienie Kaczyńskiego, który mówił o zagrożeniach, zdradach i Niemcach czających się pod każdą szafą.

– On już nie przemawia, on straszy jak strach na wróble po dopalaczach – skwitował Jędrek.

W kącie podgrzewał się bigos, pies Kapsel obwąchiwał gości z nadzieją na to, że coś mu skapnie, kot sołtysa wdrapał się na belkę pod sufitem i patrzył z góry, jakby pilnował ojczyzny z wyższej perspektywy. W stodołę wlazł dym – nie z rac, tylko z kiełbasy pieczonej na grillu – i otulił to całe zgromadzenie jak mgła zdrowego rozsądku.

A potem nastała cisza. Bo mimo wszystko, mimo kpin, ironii i kwaśnych ogórków, mimo tej całej politycznej błazenady, w Bielejewie wciąż czci się 11 listopada jak należy. Z powagą. Z pamięcią. Z wdzięcznością.

Wysłuchano na koniec Mazurka Dąbrowskiego. Każdy wstał. Nawet kot sołtysa.

I wtedy odezwał się dziadek Franek: – A wiecie co, dzieci? Prawdziwa niepodległość nie dymi, nie krzyczy, nie grozi. Ona siedzi w nas. Cicha, uparta, jak kłos pszenicy, co wyrasta mimo suszy. Tylko trzeba umieć ją zobaczyć.

Zrobiło się cicho. Nawet telefon z relacją z Warszawy zamilkł.

A potem ktoś nalał po jeszcze jednym. Za Polskę. Za zdrowy rozsądek. I za to, żebyśmy nigdy więcej nie mylili patriotyzmu z pirotechniką i głupotą.

W Bielejewie wiedzą, jak świętować. I wiedzą, z czego się śmiać.

Amen. I na zdrowie.


  1. Marek Głowacki na fb i w realu. Jerg na Bloggerze.

    Szanowny Autorze, przyjemnie się czyta pańskie felietony w SO.
    Bielejewo rzeczywiście istnieje (nawet dwa – sprawdziłem z ciekawości), a podejrzewam tąż miejscowość o bliźniactwo z Chlapkowicami, a być może i Atomice są w tle…

    Serdecznie pozdrawiam, czytać dalej będę. Jestem z tych wkurzonych. Będę zaszczycony, jeśli zerknie Pan na poniższe.

    Blogowaliśmy na Bloxie, a kiedy padł – przenieśliśmy się na Bloggera i różnie to teraz bywa, ale to nie czas na żale. Nasz blog powoli… zamiera… pesel też robi swoje’

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights