NIEDZIELNY PORANEK Z POMARAŃCZOWYM KOSZMAREM I ŻÓŁTYM ZAKALCEM

Warszawa

Niedziela. Dzień święty, dzień refleksji, dzień, w którym ludzkość powinna skupiać się na duchowości, rodzinie i cieście drożdżowym. Ale nie. Zamiast tego, dostaliśmy groteskowy spektakl dyplomatyczno-politycznego kabaretu. Na scenę wkroczył znowu on – Pomarańczowy Wybawiciel, samozwańczy Mesjasz Pokoju, Donald „Zróbcie Mi Nobla, Bo Się Obrażę” Trump. Tym razem, zamiast zrzucać bomby na Twitterze, postanowił wysłać gotowce z prośbą o Nobla. Tak, dobrze czytasz – gotowce. Do podpisania. Jak za PRL-u, tylko że zamiast KC PZPR mamy Izbę Reprezentantów i Kneset.

Nadawcami tej dyplomatycznej poczty pantoflowej byli przewodniczący amerykańskiej Izby i izraelskiego Knesetu. Adresatem: nieszczęsny Włodzimierz Czarzasty, który pewnie otworzył kopertę, popatrzył, pomyślał: „Co ja mam z tym zrobić? Czy jak nie podpiszę, to Trump wycofa wojska z Polski, zakaże sprzedaży kebabów i zwinie Netflixa?”

W liście przeczytać możemy między innymi:

„Donald Trump przez lata był orędownikiem pokoju i jest wzorem przywództwa na arenie globalnej… Żadna inna osoba nie zrobiła więcej na rzecz promowania pokoju w 2025 roku niż prezydent Trump.”

Tu należałoby zapytać: który 2025 rok mają na myśli? Bo w tym naszym, to Trump zakończył mniej wojen niż przeciętny lektor historii w podstawówce. Lista jego „osiągnięć” brzmi jak program artystyczny na wieczorku u seniorów: rozejmy między krajami, o których nawet nie wie, gdzie leżą. Plan pokojowy dla Gazy? Pewnie rysował go na chusteczce przy McDouble. Normalizacja między Serbią i Kosowem? Trump ledwo odróżnia Serbię od soboty.

Nie ma sensu przypominać jego obsesji na punkcie Nobla. Sam mówił, że Machado dała mu medal, bo zakończył osiem wojen. Czyli wręczyła mu pamiątkę, jak dziecku dyplom za udział w konkursie plastycznym. Następne będą naklejki na lodówkę? „Good job, Donnie!”. acha, był jeszcze sms do premiera Norwegii, w którym stwierdził, że skoro mu nie dali Nobla, to on nie czuje się w obowiązku działać na rzecz pokoju.

Ale wróćmy na nasze, rodzime podwórko. Tu, w krainie topniejącej Trzeciej Drogi, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz została przewodniczącą Polski 2050. Polska przyszłości, ale z przeszłością. I to jaką! Ambicje większe niż stadion w Katarze, ego ostrzone na nożu do chleba i obsesja na punkcie stołka wicepremiera.

Kim jest ta pani? Była ambasadorka w Moskwie, która podczas rosyjskiej agresji potrafiła z kamienną twarzą mówić o „oknach dialogu”. Szefowa think tanku Fundacji Batorego, która częściej występowała w mediach niż robiła realną politykę. Próbowała już być twarzą wszystkiego – od polityki zagranicznej po regionalne dotacje. Teraz chce być twarzą całej Polski 2050. Problem w tym, że ta twarz coraz częściej patrzy w stronę PiS-u i Konfederacji, jakby sprawdzała, czy tam przypadkiem nie leży nowy korytarz władzy. Jej deklaracje o „lojalności” do koalicji mają wartość papieru, na którym je wydrukowano, czyli mniej więcej tyle co paragon za parówki.

A jej rywalka, Paulina Hennig-Kloska? Też polityczny feniks, co to w każdym resorcie już siedział, a dalej nie wiadomo, co konkretnie zrobiła. Owszem, trzyma się Tuska, ale głównie za marynarkę. Też by chętnie została kimś ważnym, ale przynajmniej nie sprawia wrażenia, że jest gotowa handlować przekonaniami na wagę stanowisk.

Pełczyńska, w przeciwieństwie do swojej rywalki, nie tylko wie, czego chce, ale też nie cofnie się przed niczym, by to zdobyć. Hołownia, jej dawny mentor, dziś patrzy na nią z dystansu – jak ojciec, który wysłał dziecko do szkoły, a ono wróciło z nożem kuchennym i planem na przejęcie kuchni.

Więc niedzielny poranek zamiast pachnieć kawą i bułeczkami, pachnie absurdalnym Noblem i politycznymi ambicjami na miarę teleturnieju. Polska, świat – trzymajcie się, bo lunapark się rozkręca.

Do przeczytania po mszy albo przed terapią.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights