NIEDZIELNY PORANEK: SOLIDARNOŚĆ, ŻYRANDOLE I KIJE BEJSBOLOWE

Warszawa

Niedzielny poranek w Polsce to pora na dwie rzeczy: jajecznicę i hipokryzję. Jedno smażymy na maśle, drugie podajemy w oświadczeniach. A że dziś 45. rocznica Sierpnia, to i menu bogatsze: są wspomnienia, wzruszenia i tradycyjny półmisek patosu, do którego opozycja dorzuca obowiązkową gałązkę plastiku – taką, co udaje oliwkę pokoju, a jest tylko wsuwką do koka z lat 80.

Lekcja miłości, czyli Tusk na ambonie historii

Donald Tusk, który pamięta, że „nie ma wolności bez Solidarności i nie ma Solidarności bez miłości”, mówi to dziś bez zadyszki – jak biegacz długodystansowy, który zna trasę i wie, gdzie dają wodę. To zdanie nie starzeje się jak koszulka z napisem „Konstytucja”, ale jak dobre wino: z każdym rokiem ostrzejsze w aromacie, mniej słodkie, bardziej konkretne.

Premier przypomina, że Solidarność stała się fundamentem naszej niepodległości – i nie jest to wspomnienie z albumu, tylko instrukcja obsługi państwa: otwórz, złóż, nie zgub śrubek, a zwłaszcza tej jednej – miłości. Brzmi ckliwie? Pewnie. Ale kiedy „to samo imperium zła” napada na Ukrainę, ckliwość zamienia się w stalową linkę łączącą sumienie z polityką. A że w Polsce wciąż jest nas wystarczająco wielu, by bronić wolności i budować przyszłość, to komunikat nie do opozycji, tylko do każdego w kuchni i każdego w tramwaju: wolność zaczyna się od odstawienia cynizmu na półkę obok kawy zbożowej.

Cud sierpniowy, a cud rozmnożenia obchodów

Piszę to jako ktoś, kto był świadkiem i uczestnikiem wydarzeń sierpniowych i widział, co stało się później. Z bliska i wiem, że Porozumienia Sierpniowe były jednym z największych zwycięstw Polaków. Sierpień przypominał koncert, w którym orkiestra, chór i publiczność zagrali ten sam utwór. Dziś mamy dwie sceny, dwóch dyrygentów, trzy konferansjerki i czterech sponsorów – i każdy gra własny hymn, najlepiej na tubie, bo tuba jest głośna. Trójmiasto i ECS osobno, „Solidarność” osobno, a do tego dwóch prezydentów – jeden były, drugi świeżo wybrany – maszeruje w przeciwnych kierunkach**. Z cudu wspólnoty zostały cuda marketingu: kto zaprosi więcej kamer i kto ma lepszy baner.

Pamiętam też, że stłumienie strajku wymagałoby morza krwi – i że do niego nie doszło, bo ówczesna władza nie chciała mieć krwi na garniturze kupionym za zachodni kredyt. To lekcja na dziś: kiedy ktoś w Pałacu opowiada o „walczącym prezydencie”, pamiętajmy, że rozlew krwi nie czyni z nikogo bohatera. Czasem bohaterstwo polega na tym, że nie ściąga się pał, nawet gdy swędzą ręce.

Opozycja: teatr jednego westchnienia

Dzisiejsza opozycja – ta po prawej stronie mapy – jest jak teatr jednego westchnienia. Wychodzą na scenę, wzdychają w stronę widowni: „zdrada!”, „upadek!”, „katastrofa!”, po czym robią przerwę na reklamę maści na ból państwa. Kaczyński – cichy reżyser zza kotary – jak zwykle wystawia „Hamleta”, tyle że czwartego planu: widzi ducha IV RP i nie wie, czy go przytulić, czy wezwać egzorcystę.

Na afiszu pod hasłem „Alternatywa dla rzeczywistości” mamy cały repertuar: „pobożność wymienną”, „moralność odwracalną” i „pamięć selektywną”. Opozycja obiecała kiedyś państwo jak z marmuru; dostarczyła stiuk, który kruszy się na samo słowo „konstytucja”. A gdy Tusk przypomina o miłości, oni odpowiadają miłością taktyczną – to znaczy: kochamy naród, który nas kocha; resztę dopiszemy do ustawy zasadniczej później, jak tylko zdecydujemy, którą wersję drukować.

Nawrocki – prezydent z bejsbolem

Karol Nawrocki wszedł na arenę jak bokser, któremu wmówiono, że demokracja to sparing bez zasad. Zwołał Radę Gabinetową i mówił długo, że państwo jest w kryzysie, rząd nie wyrabia, a on przejmie odpowiedzialność. Brzmi pięknie – gdyby nie było tak bezprawnie samozwańcze. W Konstytucji nie ma „figury walczącego prezydenta”. Jest współdziałanie. Tymczasem weto do OZE i weto do ustawy o pomocy Ukraińcom to nie współdziałanie, tylko wybijanie piłki własnej drużynie spod nóg, a potem kłótnia z sędzią, że murawa jest zbyt zielona.

A nad wszystkim unosi się cień Donalda Trumpa, który – jak donoszą media – rozważa wysłanie prywatnych firm wojskowych do Ukrainy. Pomysł jak z katalogu usług: „Pokój – wersja premium, pakiet ochrony, raty zero procent”. Prywatny pokój brzmi jak prywatne niebo – ładne na ulotce, ale w praktyce płatne od metra i bez gwarancji zwrotu.

Po drodze mamy jeszcze pielgrzymkę do Białego Domu. MSZ wysyła pismo – jedni mówią: zbyt krótkie, drudzy: zbyt jawne, trzeci: zbyt mądre jak na jedną kartkę. Sikorski na X dorzuca: „na miejscu głowy państwa sprawdziłbym, który doradca był takim durniem”. Brutalne? Owszem. Za to precyzyjne – bo jeśli kancelaria prezydenta cieknie jak durszlak, to nie „transparentność”, tylko kuchenne partactwo.

Runda pierwsza: UG 1, bejsbol 0

W starciu na Radzie Gabinetowej Tusk wygrał. Nie dlatego, że krzyczał głośniej, tylko dlatego, że mówił o państwie, a nie o własnym lustrze. Dwóch absolwentów tego samego wydziału historii – jak dwóch braci na rodzinnej imieninowej debacie. Jeden opowiada o państwie jako wspólnym projekcie, drugi – o prezydenturze jako konkursie siłowania się na rękę.

I wiecie co? Uniwersytet Gdański powinien dostać puchar – za to, że kształci ludzi tak różnych, iż demokracja nie nudzi się monochromem. Ale puchar za styl – tym razem – ląduje u premiera. Bo styl to nie to, czy uderzysz pięścią w stół, tylko czy potrafisz na tym stole rozłożyć plan.

Pokolenie Sierpnia: list z przyszłości

W tym harmidrze jest jeszcze list „Ostatniego Pokolenia” – piękny i bolesny. „Trwa urągająca przyzwoitości wojna wewnętrzna”, piszą. „Zapomnieliśmy o solidarności między wielkimi grupami społecznymi”. I mają rację: zamieniliśmy wspólnotę na algorytm. Kiedyś taksówkarze wieźli za darmo w czasie strajku; dziś za darmo wiezie nas tylko gniew, a rachunek przychodzi w wyborczą niedzielę.

„Liberalizm wyzwala” – przypominają autorzy – a demokracja musi być żywa, nie pomnikowa. To esencja Sierpnia, destylat z 21 postulatów: nie to, kto rządzi, ale według jakich reguł. Wtedy rządzącym narzuciliśmy ramy. Dziś też musimy – bo inaczej rama stanie się bejcą do futryn, a drzwi do państwa znowu zatrzasną się od środka.

Kaczyński: nostalgia w odcieniu sepii

Jarosław Kaczyński – człowiek, który nigdy nie pogodził się z tym, że historia poszła do przodu bez pytania go o zgodę – dziś wygląda jak kurator własnej przeszłości. Pielęgnuje wspomnienie o prezydencie z Pałacu Bratniej Duszy, a równocześnie nie znosi każdego żyrandola, który świeci nie w tę stronę, co trzeba. Gdy słyszy „miłość” z ustTuska, reaguje jak kot na ogórka: skok w tył, syk, a potem długie pranie propagandowe na wysokich obrotach.

Opozycja jego formatu nie proponuje dziś programu, tylko narrację krzywdy: wieczne „zrobili nam źle” – nawet kiedy wetują dobre ustawy, blokują OZE, a Ukrainę traktują jak niewygodnego lokatora na korytarzu historii. Gdy Trump pieprzy o „prywatnym pokoju”, oni marzą o prywatnej Polsce – takiej z drzwiami na klucz i sąsiadem bez prawa do wystawiania śmieci w nieparzystą środę.

Co robić w niedzielę?

Po pierwsze: nie dać sobie wmówić, że polityka to ustawka na parkingu. Państwo to umowa, nie bitwa na kastety. Jeśli prezydent znów będzie robił z Rady Gabinetowej galę MMA w smokingach, pamiętajmy, że Konstytucja jest ringiem z regulaminem. Punktów karnych nie da się zredukować.

Po drugie: odkurzyć słowo „solidarność”. Nie jako logo, lecz praktykę dnia codziennego. Taksówkarz nie musi wozić za darmo – wystarczy, że nie trąbi. Polityk nie musi kochać przeciwnika – wystarczy, że nie pomyli go z wrogiem publicznym numer jeden.

Po trzecie: przestać mylić suwerenność z fochami. Jeśli USA przesuwają wektory uwagi, naszym zadaniem nie jest robienie miny do złej gry, tylko robić politykę. A ta zaczyna się od prostych zdań: pomoc dla Ukrainy to polska racja stanu, a odnawialna energia to polska racja rachunku.

Pointa z niedzieli (na wynos)

Kiedy Tusk mówi o miłości, nie idzie do kwiaciarni, tylko do sklepu z narzędziami. Miłość w polityce to klucz imbusowy: niewielki, skromny, ale bez niego mebel się rozpadnie. Nawrocki może dalej machać bejsbolem konstytucyjnym, lecz bejsbol to nie narzędzie do montażu państwa – to sprzęt rekreacyjny. Kaczyński może pielęgnować sepię; nam zaś pozostaje pełny kolor – z zielenią OZE, żółcią tramwajów i błękitem flagi, której nie trzeba wstydliwie zwijać przy każdej zmianie pogody.

A więc: nie ma wolności bez Solidarności, nie ma Solidarności bez miłości, i nie ma miłości bez poczucia humoru. Bo jeśli mamy już walczyć, to o prawo do śmiechu z tych wszystkich, którzy nawet w niedzielny poranek próbują nam wmówić, że Polska to sparing dwóch panów z UG. Polska to orkiestra – i dziś, jak 45 lat temu, ktoś musi utrzymać rytm. Dobrze, że perkusista ma poczucie taktu.

Smacznego śniadania. I do zobaczenia przy urnach – zanim ktoś zamieni je w popielniczki przeszłości.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights